Obserwatorzy

czwartek, 21 listopada 2013

5. Running, część pierwsza



 5. Running, część pierwa

Dla: wszystkich, którzy tak jak ja mają piękne Midnight Memories.


„O. MÓJ.BOŻE!”

 Meg muskała usta nieznajomego pieszcząc raz górną, a raz dolną wargę. Jego usta były tak niesamowicie miękkie w dotyku, tak ciepłe i delikatne, że z każdą sekundą zatracała się coraz bardziej w tym przepysznym doznaniu. Czuła, jak jego prawa dłoń przesunęła się w dół jej kręgosłupa i przyciskając jej ciało do jego gorącej skóry.

Jego język przesuwał  się po jej wardze zachęcająco i pomruk przyjemności niemal wyrwał się z jej ust. Chłopak doskonale wiedział co robi. Przejmował kontrolę i, ku jej własnemu zaskoczeniu, podobało jej się to. Nie spodziewała się absolutnie, że taki pokaz siły sprawi jej taką przyjemność. Nie była typem uległej dziewczyny, ale to, co z nią robił, było niesamowite.

Jego druga ręka powędrowała w górę i wplątała się we włosy opadające na jej twarz. Dotyk miękkich pukli na policzkach sprowadził ją z powrotem na ziemię. Nie całowała się z tym chłopakiem dla zabawy, chciała ukryć się przed mordercą. Więc co robiła, mrucząc w usta tego wytatuowanego bruneta i zaciskając uda wokół jego ciała?

Przesunęła wargami po jego szczęce, przechylając głowę, by rzucić szybkie spojrzenie w kierunku baru, gdzie zwaliści ochroniarze prowadzili właśnie  Johna Keyens’a w kierunku wyjścia z plaży, gdzie czekała już policja. Ten widok zdjął z jej ramion ogromny ciężar.

Była wolna.

Wolna, i całowana przez niezaprzeczalnie najgorętsze ciacho, jakie widziała od swojego przyjazdu do San Francisco. Bez wątpienia chłopak czerpał przyjemność z kontaktu z nią. Nie dało się temu zaprzeczyć, chociażby przez  widoczny dowód radości odkształcający jego szorty.

Z niechęcią oderwała się od jego ust i wyprostowała się. To co zobaczyła na twarzy swojego wybawiciela wywołało jej przerażoną podświadomość z bunkra w pełnej gotowości i czerwoną szminką na ustach. Ogromne, rozmarzone, zielone oczy chłopaka patrzyły na nią z uwielbieniem. Usta, które niedawno hulały w tańcu przyjemności wraz z jej ustami,  brunet rozkosznie przygryzał.

Co było z tym facetem, że w przeciągu kilku minut oderwał ją od jej smętnej rzeczywistości i doprowadził do miejsca, w którym czuła się taka silna i kobieca?

- To już? – zapytał, przeczesując palcami opadające na czoło loki.

- Chyba tak. Nasze małe przedstawienie zadziałało. Nie zauważył mnie.

- Szkoda…

Nie była w stanie powstrzymać śmiechu. Po prostu wyrwał się z jej ust i śmiała się, ile sił w płucach, zwracając tym na siebie uwagę niemal wszystkich przebywających w pobliżu plażowiczów. A czemu nie? Przecież mogła. Była wolna. A mina tego nieznanego przystojniaka była tak rozbrajająco rozkoszna, że nawet szczeniaki byłyby mniej słodkie.

I chociaż była to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę, podniosła się z leżaka przygotowując się do odejścia.

- Dzięki za wszystko przystojniaku…

- Czekaj, czekaj. Wykorzystałaś mnie i teraz tak po prostu sobie idziesz? – chłopak podniósł się do pozycji siedzącej i wyglądał jakby szykował się do pogoni za nią.

- Hmm… Tak, myślę, że do tego właśnie się to sprowadza. Jestem ci wdzięczna za pomoc, dzięki tobie uniknęłam wielu nieprzyjemności, ale nie mogę dłużej zostać. – Meg wzruszyła ramionami i zrobiła krok w kierunku baru. Jej myśli zdominowało uczucie konieczności upewnienia się, że ten szaleniec jest zamknięty i marzenie o powrocie  do swojego łóżka. Ale nie mogła przecież zostawić swojego wybawiciela samemu sobie. To byłoby zwyczajnie podłe. Odwróciła się więc  i przez ramię rzuciła obiecująco:

– Do zobaczenia.

Posłała mu całusa i szybko pobiegła do, czekającego już na nią w progu, Briana.


***

-Chrzanisz! Nie zrobiła tego! – w tonie Louisa nie było ani krzyny zwyczajowej złośliwości, tylko najzwyklejsze niedowierzanie.  I Harry nie dziwił mu się wcale, bo sam nie mógł uwierzyć w to, co się zdarzyło w Beach Barze. Jasne, był przyzwyczajony do tego, że fanki się na niego rzucały, wyznawały mu miłość i nie chciały się od niego odkleić, ale sytuacja na plaży to był jakiś obłęd. Te pocałunki, jej gorące ciało i to, jak w jednej chwili, z przerażonej dziewczyny przeobraziła się w pewną siebie kokietkę… Wciąż nie mógł ułożyć sobie tego wszystkiego w głowie, dlatego właśnie dzwonił do Louisa.

-A co zrobiła potem? – dopytywał się przyjaciel.

- Najzwyczajniej w świecie wstała i ruszyła do baru. Rzuciła tylko przez ramię: Do zobaczenia. Zachowywała się jakby nie miała bladego pojęcia z kim przed chwilą się całowała.

- Wow, stary. Gratuluje! Udało ci się znalazłeś chyba jedyną dziewczynę na tej planecie, która nie ma pojęcia kim jesteś. To coś jak gwiazdka w lipcu.

- Co ty nie powiesz? Nie kumam, o co w tym wszystkim chodzi. Najpierw doprowadza mnie na skraj erekcji kręcąc tym swoim tyłeczkiem, a potem znika. Obłęd, Lou, jak nic.

- Mówiłeś, że się kogoś bała. Może chciała zwiać stamtąd, zanim ten koleś wróci?

- Nie mam pojęcia, stary. Nie mam pojęcia.

- Ale ja powiem ci jedno, Casanovo. Jeśli ta laska nie ma pojęcia o One Direction, to jest to twoja życiowa szansa. Masz tylko jeden strzał by cię polubiła za to, kim jesteś, a nie za sławę czy pieniądze. A teraz powiedz mi szczerze… Duże miała cycki?

Harry zaśmiał się do słuchawki i pogrążył się, w typowej dla facetów, rozmowie o kobietach. Nie szczędził Tomlinsonowi szczegółów, w wyobraźni jeszcze raz przeżywając cudowne popołudnie i odtwarzając w pamięci każdy, nawet najdrobniejszy element związany z seksowną nieznajomą.
Jedno wiedział na pewno: Musi się dowiedzieć kim jest ta dziewczyna i czego tak panicznie się bała. Chociaż miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w San Francisco, to na pewno do tego dojdzie. Jeszcze nie wiedział jak, ale wiedział, że stanie na głowie, by to odkryć.


***


Pierwszą rzeczą, o której pomyślała Meg po przebudzeniu było to, że jest szczęśliwa. Za oknem świeciło słońce,  słyszała krzyki mew, które pokonywały swoją stałą trasę od zatoki, do brzegu oceanu. Był kolejny cudowny dzień w jednym z najgorętszych miast USA. Świat wydawał się cieszyć wraz z nią. Szczęście wypełniało ją co do ostatniego milimetra i było to uczucie lekkie, delikatne i odświeżające. Jak gdyby cała wypełniona była powietrzem i unosiła się nad ziemią. Przeżycia ostatnich dwudziestu czterech godzin pokazały jej, że jej problemy z plotką na uczelni, czy złośliwymi profesorami, są tak naprawdę niczym. Groziła jej śmierć, a jednak udało jej się tego uniknąć, a co więcej, wstrętny przestępca, dzięki pracy jej i jej przyjaciół, siedzi zamknięty w areszcie i wkrótce trafi na długo do więzienia. W dodatku przeżyła cudowny pocałunek z naprawdę przystojnym facetem a przed nią był cały wolny dzień, który mogła spędzić delektując się tym uczuciem szczęścia.


Mimo, iż była na wybrzeżu już kilka tygodni, nie udało się jej jeszcze zwiedzić obiektu, należącego do starszego Vegi. Zdając sobie sprawę z tego niedopatrzenia, czym prędzej zabrała się do nadrabiania zaległości. Zwiedziła kort tenisowy, miejsce na ognisko, gdzie wokół paleniska ustawione były masywne, drewniane ławy pomalowane ciemną bejcą. Przeszła do strefy basenowej, gdzie kilku gości już zdążyło się rozlokować na leżakach, chociaż niektórzy panowie wyglądali, jakby wczorajszy wieczór nadal trwał. Meg nie mogła oprzeć się wrażeniu spokoju i harmonii emanujących z tego miejsca…

„Może to przez te kwiaty?”

Rzeczywiście, chociaż wcześniej nie miała czasu się temu przyjrzeć, cały teren był bardzo kreatywnie zagospodarowany zielenią. Wierzby każdego rodzaju i kształtu, sezonowe kwiaty posadzono w fantazyjnych klombach, pośród najbardziej soczystej zieleni jaką kiedykolwiek widziała na oczy. Jej stopy mimowolnie zawiodły ją do zabudowań ogólnodostępnych dla wczasowiczów. Za nos wiódł ją rozkoszny zapach smażonych naleśników, który uświadomił jej, że od dwóch dni praktycznie nic nie jadła. Ssanie w brzuchu nagle stało się niemal nie do wytrzymania. Z typową dla siebie butą zignorowała wejście na stołówkę dla mieszkańców i skierowała się do kuchni.

-A co tu się gotuję, co?! –  otworzyła z rozmachem drzwi, zaskakując tym samym kucharzy, który gawędzili sobie w trakcie przewracania naleśników i wydawania gotowych potraw.  

-A co? Oczu nie ma, że się pyta? –z północnym akcentem odpowiedział niższy z kucharzy o ciemnych oczach. Uśmiechał się do niej szeroko, chociaż jego gałki oczne nie mogły się zdecydować czy patrzą na twarz czy w dekolt.

„Mężczyźni.” Podświadomość Meg wywróciła oczami, a ona sama przesunęła się w głąb kuchni wiążąc swoje włosy w niedbały kok na czubku głowy.

- A się pyta, bo naleśników nie lubi i liczy na coś innego.

- Tak się wypytuje, a nawet nie podała imienia. Może jaki szpieg, co chce mnie tu receptury podkraść, hę? – w czasie, gdy pełniący dyżur przy patelniach kucharz bawił się w z nią w tą przepychankę słowną, drugi kręcił głową z zażenowaniem i pomagał chłopcom kuchennym w krojeniu.

Chociaż Meg nie wierzyła, że ten dzień mógłby być jeszcze lepszy, to mimo wszystko stał się z chwilą, w której przekroczyła próg kuchni. Wszystkie te zapachy, wysoka temperatura, krzyki i pełne lodówki były dla niej boleśnie znajomym widokiem. Jako mała dziewczynka pętała się miedzy nogami w rodzinnej restauracji od rana do wieczora, bawiąc się w chowanego z pomocą kuchenną, czy kelnerkami. Raz udało jej się tak skutecznie schować w jednej z nieużywanych chłodziarek, że w niej zasnęła, a odnalazł ją dopiero ojciec, który podobnie jak ona, słynął z niebanalnych pomysłów.

Z nostalgią szybko wbiła się w kuchenny rytm i, nie przerywając swojej przepychanki słownej, zawiązała w pasie fartuch i wzięła się za obieranie ugotowanych jajek.

-No patrz, Biskup, co za dziewczyna! I na czym oko zawiesić, i pomoże, i żartami zabawi. Ciekawe czego chce? – Zastanawiał się na głos kucharz, który, jak dowiedziała się Meg, był francuzem i, w związku z tym, wszyscy wołali na niego Gaston.

- Nie przeszkadza mi patrzenie na nią. Ale takie babsko jak ona to zawsze ma jakiś interes. Za darmo to  od takiej nawet w zad kopa nie dostaniesz. – Biskup objął ją ramieniem i ścisnął serdecznie.

Każdy inny mężczyzna dostałby za taką zuchwałość od Meg po łapach, jednak w tym szczególnym przypadku machnęła na to ręką. Niech ma staruszek, niewiele mu z życia zostało, to sobie pomaca i popatrzy.

-Kopniaki to akurat rozdaje za darmo, chce Biskup sprawdzić ich jakość?

-Nie, podziękuję i postoję. Więc co piękna by chciała? A może by się piękna przedstawiła, co bym poznał imię mojej przyszłej żonki?

-Ooo… Żonki? Obawiam się, że Biskupa na mnie nie stać. Futra, błyskotki, szybkie auta… To wszystko kosztuje, a kuchcik takiej pensji nie ma. – Przybrała najsłodszą z możliwych min kręcąc głową, w czasie, gdy cała kuchnia zanosiła się śmiechem. – A chciałabym, chciałabym… Chciałabym to takiego właśnie męża co ma zwierzę w garażu i w łóżku też zwierzę. Od was panowie starczy mi jogurt, pomarańcza i granola.

Puściła oczko do zaszokowanego Biskupa i dołączyła do zanoszącej się śmiechem załogi.

***

Całą noc dręczyły go sny o tajemniczej brunetce. Jego wyobraźnia podsuwała mu tak soczyste i realistyczne obrazy,  że po przebudzeniu ledwo mógł wsunąć swoje bokserki. Przepełniony frustracją i irytacją nawarczał bez powodu na Jerrego podczas śniadania i, po raz pierwszy w swoim życiu, odniósł się chamsko do kelnerki. Jego ciało doprowadzało go do szaleństwa i już sam siebie nie mógł znieść. Podniecenie, ciekawość i pragnienie zobaczenia ponownie dziewczyny buzowały mu w głowie, nie dając chwili wytchnienia. Humoru wcale nie poprawiał mu fakt, że po rozmowie z Lou pozwolił sobie marzyć: o pierwszej randce, o pierwszym pocałunku i o jej seksownym ciele.

Cholera, w swojej głowie układał ich wspólne dialogi, wymyślał zabawne, zaczepne teksy, które by jej serwował. Zastanawiał się z czego będzie się śmiała i jak będzie wyglądał jej uśmiech. W jego głowie wyglądało wszystko pięknie, jednak po przebudzeniu rzeczywistość uderzyła w niego jak stalowa kula.

Widział ją jeden, jedyny raz, nie wiedział czy zobaczy kiedykolwiek jeszcze, a już układał im wspólną przyszłość i obudził się ze wzwodem. Czuł się jak kretyn.

Kiedy podczas śniadania po raz trzeci spadł mu widelec na podłogę, odsunął się od stołu i oświadczył Jerremu, że jedzie pobiegać na plażę.


Chociaż przemierzone kilometry nie pomogły pozbyć się natłoku myśli z głowy, to jego ciało uwolniło się z napięcia. Mięśnie napinały się z wysiłku, a po nagich plecach ciekł mu pot. Biegł wzdłuż brzegu, jednak nie podziwiał widoków. Wzrokiem przeczesywał okolicę w poszukiwaniu tej jednej twarzy, tej jednej sylwetki.

Specjalnie wybrał okolice Beach Baru, w nadziei, że ją ujrzy. Doskonale wiedział, że było jeszcze zbyt wcześnie,  bar był jeszcze zamknięty. Jednak jakieś wewnętrzne przeczucie nakazywało mu krążyć w jego okolicy tam i z powrotem.  Zrezygnowany miał już wracać do hotelu, by ostudzić swój zapał w basenie, gdy ją dostrzegł: najzwyczajniej w świecie siedziała na deptaku. Nie mógł stwierdzić na pewno z tej odległości, ale wydawało mu się, że coś je.

„Przyjeżdżać specjalnie na plażę by zjeść śniadanie? Wariatka.”

Ignorując natarczywe spojrzenie spacerujących nastolatek, otarł pot z czoła i odrzucił swoje mokre loki do tyłu. Nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście, przedzierał się w jej kierunku.

Jasne, pragnął zobaczyć ją jak najszybciej i wyciągnąć z niej te wszystkie informacje, których był ciekaw. Przede wszystkim jej imię, przed kim się ukrywała, numer telefonu. Ale nie wierzył, że zobaczy ją już pierwszego dnia. Myślał, że złapanie jej zajmie mu tygodnie i będzie musiał przeszukać każdy metr kwadratowy San Francisco.

Stanął metr przed nią i czekał na reakcje. Pochylona nad swoją miską z granolą i owocami początkowo nie zwróciła na niego absolutnie uwagi, jednak kiedy uporczywy cień nie przesuwał się dalej i nadal utrudniał jej dostęp do słońca, w końcu uniosła swoją głowę.  Chociaż był zaskoczony, że w ogóle ją widzi, większym wstrząsem dla niego był beztroski uśmiech którym go obdarzyła.

„Czy to rzeczywiście ta sama osoba, która wczoraj trzęsła się ze strachu?”

-Nie sądziłam, że jeszcze cię kiedyś zobaczę.

-Rozumiem. – Odpowiedział, siadając obok niej i kradnąc z miski borówkę. – Więc zdarza ci się to cały czas? No wiesz… Wskakujesz na bogu ducha winnego faceta, błagasz go o pomoc, całujesz do utraty tchu, a potem znikasz jak gdyby nigdy nic? – W zamyśleniu postukał się palcem w brodę. – Jestem w szoku, że nie jesteś jeszcze poszukiwana listem gończym we wszystkich stanach.

Zerknął badawczo na jej twarz i jej wyraz rozgrzał jego serce. Spoglądała na niego ciepło, jakby ta krótka rozmowa sprawiała jej co najmniej tyle przyjemności co jemu.

- Technicznie rzecz biorąc, najpierw poprosiłam cię o pomoc, a potem na ciebie wskoczyłam.  –Skorygowała.– A poszukiwana nie jestem pewnie tylko dla tego, że nie mieszkam w Stanach.

Nałożyła na łyżeczkę kolejny owoc i skierowała ją w kierunku jego ust.

Po przełknięciu Harry odpowiedział w żartobliwym tonie: - Próbujesz mi powiedzieć, że jest taki kraj, w którym jesteś poszukiwana za wzbudzanie w mężczyznach nieprzyzwoitych myśli?

-A miałeś takie?

Jej kokieteryjne spojrzenie i miłe dla ucha brzmienie głosu sprawiły, że wszystkie pytania, które chciał zadać, wyleciały mu z głowy. Po prostu cieszył się tą konwersacją. Taką prostą, taką zwyczajną, jakby cofnął się w czasie i znowu był zwyczajnym nastolatkiem z Holmes Chample.

-Myślisz, że się przyznam? Serio, nie słyszałaś o męskiej dumnie?

Przysunęła się do niego bliżej, położyła swoje drobne dłonie na jego ramieniu i z twarzą przy jego uchu wyszeptała:

-Sądzę, że śniłeś o mnie całą noc. A chcesz wiedzieć skąd takie przypuszczenie? – Przysunęła się jeszcze bliżej tak, że czuł jej oddech na swojej skórze. – Bo też o tobie śniłam.

W tym momencie miał wrażenie, że szczęka opadła mu na ziemię. Nie… To nie mogła być prawda. To by było za dużo szczęścia na raz.

I nim zdążył zareagować, dziewczyna zerwała się na równe nogi, ściągnęła bluzkę, zrzuciła szorty i biegła w kierunku wody rzucając przez ramię:

-Żartowałam!

-Ej, ej,ej! Zanim znowu znikniesz, powiedz mi chociaż jak masz na imię!

-Jak mnie złapiesz, to ci powiem!

Nie widząc innego wyjścia, pobiegł za nią. 






Jeeeeest! W końcu udało mi się napisać te rozdział, chociaż nadal sądzę, że to shit. Ale w nagrodę za to, że w najbliższym czasie pewnie będę pisać rozdziały co dwa tygodnie (kolokwia śródsemestralne), postanowiłam wam to wynagrodzić wstawkami z szalonymi opowieściami Meg, takie Midnight Memories, czyli zostajemy w temacie nowej płyty chłopaków. Co wy na to? Ciekawi szalonych przygód? Bo ja nie mogę się doczekać by je wam opowiedzieć. ;p




Kochane, mam nadzieje, że miło się czytało i do następnego rozdziału.
xoxo

P.S jak któraś ma ochotę to może mnie znaleźć też na twitterze @MauraKucharzak  (Tak, wiem. Mega oryginalna nazwa. x.x)

11 komentarzy:

  1. Ok, w końcu udało mi się przeczytać i chociaż dalej odczuwam skutki kaca, swoją drogą to już dwadzieścia cztery godziny, mogłoby mi w końcu przejść, biorę się za pisanie komentarza. Zacznę od tego, że masz przepiękny szablon. Nie chcę sie chwalić, ale trochę Ci go załatwiłam, mwaha :D W każdym razie jest cudwny i świetnie się prezentuję. No a teraz mogę przejść do swojej opinii na temat rozdziału. Szczerze powiem, że jest ten odcinek wyjątkowo mi się podoba. Ta masa opisówek sprawiła, że ten rozdział stał się moim ulubionym i kompletnie nie rozumiem dlaczego na niego narzekałaś. Jest naprawdę bardzo dobrze napisany, nic bym w nim nie zmieniła. Jedyna rzecz jaka nieco mnie gryzie, to fakt, że Meg w ogóle nie poznała Harrego. No nie wiem.. Wydaje mi się, że ten przesłodki pyszczek rozpozna praktycznie 3/4 mieszkańców naszej planety, a napewno ci, którzy mają w domu internet i telewizor. XD Nie przeszkadzało mi to w czytaniu rozdziału, po prostu chciałam tylko napomknąć, że nie pasuje mi to, ale nie uwłacza to jakkolwiek wartości tego opowiadania, bo bardzo je lubię. Już pisałam o tym ostatnio, ale chętnie się powtórzę- kocham Lou i podoba mi się, że kreujesz go tutaj na takiego typowego przyjaciela. Kocham to. Strasznie podobał mi się moment, kiedy Meg wchodzi do tej kuchni i przekomarza się z kucharzem. Nie wiem dlaczego, ale po tej scenie jakoś bardziej polubiłam Meg, wydaje mi się być po prostu fajną osobą, wartą uwagi. Powiem jeszcze tylko, że myślałam, że bardziej rozwiniesz wątek z tym psychopatą, ale w gruncie rzeczy to może i nawet dobrze, że się niespecjalnie na tym skupiałaś, bo przecież nie to jest istotą tego opowiadania. No nic, jest trochę wcześnie, a ja nadal czuję się źle, więc nie ma co więcej z siebie wyciskać, bo zaraz zjadę, bez kitu. Życzę Ci po prostu weny i pozdrawiam cieplutko <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak można mieć tyle kaca? Może ktoś Ci coś do drina dorzucił? Idź sobie zrób badanie krwi, w poniedziałek, czy coś. Bo to nie jest normalne.

      Zauważyłaś szablon. Zajebisty nie? Sama nie mogę się na niego na patrzyć. O 4 nad ranem jeszcze weszłam na blog by sobie na niego zerknąć, taki cudowny. I tak, tak. Jesteś najlepsza, bo gdyby nie ty, to bym go nie miała. Więc masz, xoxo, dla Ciebie.

      Psychopata. Do psychopaty jeszcze wrócimy.

      A dlaczego Meg nie rozpoznała Harrego, do tego jeszcze wrócimy. Poza tym strasznie mi się podoba to, że ona o tym nie wie, że on to on. Właściwie to robi z niej trochę idiotkę, ale na tym się opiera dalsza fabuła, więc musi być tak jak jest.

      A teraz zmyka, Meg próbuj zjeść kabel od ładowarki, co jest niezaprzeczalnie znakiem, że chce zobaczyć jak jest na mokrym i paskudnym świeżym powietrzu.

      See U.

      Usuń
    2. A poza tym, jeszcze... 4 miesiące temu mogłabym na Harrego wpaść i też nie wiedziałabym kim jest. SERIO.

      Usuń
  2. Nominuję cię do "Libster Blog Awards"

    http://for-you-louis-tomlinson.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest genialny, a szablon NIESAMOWITY! Z niecierpliwością czekam na next'a :) <3
    Buziaki, Rachel

    OdpowiedzUsuń
  4. No w końcu się zabrałam i łyknęłam wszyściutko, ale trochę mi zeszło, bo wolno czytam XD Ja nie bardzo umiem pisać spójne komentarze, także już na wstępie proszę o wybaczenie. Otóż... Już Ci mówiłam, że straszliwie podoba mi się wykreowany przez Ciebie Harry. Wydaje się być taki normalny do granic możliwości i to jest właśnie świetne. Jest taki naturalny, jego zachowania i przemyślenia, wszystko takie prawdziwe. Zero przesady w jego działaniach czy wypowiedziach. Poza tym niby jest trochę twardziel, ale jednak serduszko to on ma wrażliwe i kochane. Nic dziwnego, że nagle potrzebuje kogoś kto będzie z nim dla niego, a nie dla jego sławy czy tego kim jest z zewnątrz i dla świata. Jak najbardziej go rozumiem i mam nadzieję, że się uda. Z drugiej strony mamy panienkę Meg... To pierwsza główna bohaterka, której najzwyczajniej w świecie... Nie lubię. Kompletnie nie podoba mi się jej postawa, wydaje się być taka nieprzyjemna, panoszy się. Możliwe, że moja ocena wynika z tego, że jestem już przyzwyczajona do określonego typu głównej bohaterki, a mianowicie w większości opowiadań są one niezdecydowane, gapowate, często też zakompleksione i zagubione (jak moja Nancy xD), a tutaj z kolei mamy pewną siebie Meg, która wie czego chce. No i właśnie to mi się w niej nie podoba, że jest zbyt pewna siebie i swoich wdzięków. No jednym słowem wkurwia mnie momentami niemiłosiernie. Ale o to przecież chodzi. To świadczy jedynie o tym, że postać została świetnie wykreowana, jeśli wzbudza w czytelniku takie emocje, więc gz, laska :D Co do reszty postaci, hm, właściciel Beach Baru jest zajebisty, tu wątpliwości nie mam :D Brian, Hope, Francesco - dobre ziomki, Hope jest najmniej wyrazista z tej trójcy, ale pewnie nadrobi jeszcze, bo za wiele w sumie jej nie było :D Francesco widać, że martwi się o przyjaciółkę, jego emocje ładnie przedstawione były w wątku z mordercą. Scena w kuchni czysta epickość. Rzadko się tak śmieję podczas czytania, a to dlatego, że mało takich dobrych scen występuje w naszej kochanej blogosferze. Gratuuulacje po raz drugi :D Podejrzewam, że typ, do którego auta wdzięczyła się Meg to Harry, nie ma innej opcji. Ten ich flirt jest uroczy chwilami, ale Meg wiadomka, wkurza mnie :/ Jakoś ja przeboleję i mam nadzieję, że nie odwali niczego i nie zrani delikatnego serduszka Hazy, bo będę musiała jakoś się teleportować do świata fikcji i się z nią policzyć :/ Jeszcze o stylu: Na początku było kilka takich fragmentów, gdzie troszkę ciężko mi było przebrnąć, ale potem coraz lepiej i lepiej i przyjemniej :D Nie ma powtórzeń, jest spójnie, tylko te literówki w pierwszych rozdziałach, o których mi wspominałaś :D Ano i muszę powiedzieć, że moje ulubione fragmenty opowiadania to te z Harrym, a to ze względu na miły sposób, w jakim są napisane :D

    Pozdrówki, kochana z łóżka, właśnie jem kanapke :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojj... Meadow, może jeszcze polubisz Meg, bo... No bo. < diaboliczny śmiech>

    Też pewnie zaraz zmiotę się do łóżka, bo dostałam swoje zwolnienie lekarskie, więc mogę dokończyć ten nieszczęsny najbliższy rozdział.

    A w ogóle, to musiałam o 3 w nocy w stać by napisać ostatnią scenę najbliższego rozdziału, bo po prostu widziałam, że jak się obudzę to zapomnę.

    I coś mi się wydaje, że najbliższy rozdział będzie cholernie długiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii... :((

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziwnie się czuję, pisząc pod każdym rozdziałem, że jestem zachwycona i że wykonałaś naprawdę świetną robotę. Serio, jak Ty to robisz?
    Bardzo się cieszę, że plan się powiódł i seryjny morderca w końcu trafił w ręce policji. Szkoda było tylko przerywać tak szalony i namiętny pocałunek Meg i Harry'ego. Dziewczyna zapadła już na dobre w pamięciu Stylesa i teraz tak łatwo się od niego nie uwolni. To urocze, że miewa o niej sny i jest tak bardzo zdesperowany, by cokolwiek się o niej dowiedzieć. Ale to się właśnie nazywa prawdziwa walka. Nie kierowało nim samo pożądanie fizyczne, bo przecież chciał znać jej imię, poznać przyczynę jej strachu. I w końcu poczuł ulgę przy wspólnej rozmowie, kiedy tylko ją odnalazł. Dało się wyczuć, że właśnie tego było mu potrzeba. Ciekawe jak rozwinie się ich dalsza, szalona przygoda. Następny rozdział już na mnie czeka!

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział, aż odbiera mowę z wrażenia :) Umieściłaś w tym rozdziale fajne wydarzenia :) Bardzo dobrze piszesz i musisz mieć w tym doświadczenie patrząc na jakość rozdziałów ;) Jestem niezwykle ciekawa ich dalszych przygód, Weny życzę <333

    OdpowiedzUsuń