Obserwatorzy

niedziela, 3 listopada 2013

4. Sinking



4. Sinking 

Dla AnnyK., która odwaliła kawał dobrej roboty redagując ten rozdział.
I jest też wspaniałą matką. ;)



Siedziała na podłodze napięta niczym struna. Nie ruszyła się z miejsca od momentu, w którym zobaczyła tą przeklętą twarz na ekranie telewizora. Ktoś rozmawiał. Ktoś siedział koło niej. Ktoś nawet pozbył się stłuczonej karafki. Ale kto i kiedy? Nie potrafiła odpowiedzieć, bo nawet nie zauważyła tego. Jej umysł był otępiały. Jakby oderwał się od jej ciała i ukrył się w bezpiecznym miejscu, z dala od tego całego szaleństwa. Chociaż może nie całkiem, bo gdzieś, brzegiem świadomości czuła ciepłe dłonie Hope, które masowały jej ramiona. Zdawała sobie też sprawę z obecności Francesco, który podniesionym głosem domagał się wyjaśnień od policjantów. Herbata, przyniesiona przez Briana parzyła jej lodowate ręce. Ale to wszystko było jakby obok.  Jej oczy widziały ich wszystkich, ale nie słyszała ani jednego słowa przez nich wypowiedzianego. Coś powstrzymywało ją przed powrotem do tego miejsca i zmierzenia się z prawdą.

Bo prawda ją przerażała: Była następną ofiarą szaleńca, który chciał ją zgwałcić i przerobić jej ciało na steki.

Była sparaliżowana strachem, a świadomość zamknęła się w bezpiecznym bunkrze nieobecności. I mimo wszystko, jakaś jej część chciała się śmiać.

„Oczywiście, to musiało przydarzyć się mnie. Megara Nauman, dziewczyna, z której los robi sobie jaja, miło poznać.”

Fortuna kołem się toczy, tak mawiają. Ale w jej przypadku to przysłowie nabierało dosłownego, nowego znaczenia. Za każdym razem, gdy udało jej się coś osiągnąć, zdobyć pracę, zbudować pozycje na uczelni, następowało ogromne trzęsienie ziemi i niszczyło to wszystko. I czuła się już zmęczona. Tak cholernie zmęczona ciągłym podnoszeniem się i byciem tą silną, dzielną, byciem tą dziewczyną, która zawsze sobie dawała radę. Nie mogła tak dłużej. Nie chciała. Jedyne czego pragnęła to położyć się na drewnianej podłodze, zasnąć i obudzić się gdy to wszystko minie, a świat na powrót będzie piękny.

-Jak to „policja nie może ustalić” gdzie ten sukinsyn jest?! – Podniesiony głos przyjaciela wyciągał ją z otępienia. Powoli wynurzała się na powierzchnie świadomości i każde wychodzące z ust Vegi słowo docierało do niej coraz wyraźniej. – Pieprzony kryminalista lata sobie po ulicach San Francisco, może w każdej chwili zabić Meg, a wy nie możecie, kurwa, ustalić gdzie on jest?!

-Proszę się uspokoić… - Uniesione w uspokajającym geście ręce funkcjonariusza tylko bardziej rozsierdziły Francesco, który z miną mordercy wyminął bar i staną tuż przed nim.

-Jakim cudem mam się uspokoić, kiedy moja przyjaciółka ze strachu kuli się pod ścianą i nie może wrócić do domu, a wy nie możecie popaprańca złapać, bo nie wiecie gdzie jest!

-Ja-jak to nie mogę wrócić do domu? – Usłyszała swój roztrzęsiony głos, który ledwo przedarł się przez jej zaciśnięte gardło. Jej oczy błądziły od Vegi, do funkcjonariusza i z powrotem. Wyglądała bezbronnie i niezdarnie, ale miała to gdzieś. Chciała wiedzieć, czemu nie może wrócić do domu. Do swojego bezpiecznego, ciepłego, cholernego łóżka.

-Już wyjaśnialiśmy, John Keyens znany jest  z tego, że precyzyjnie wybiera ofiary. Nie możemy wykluczyć, że śledził panią od kilku dni. I, oczywiście, istnieje możliwość, że obserwuje pani dom, zna rozkład dnia…

Chociaż głos funkcjonariusza był spokojny, wyjaśniający, a spoglądał na nią łagodnie, Meg pragnęła się rozpłakać. Myśl, że ten zboczeniec mógł sobie wybrać ją pod wpływem chwili była przytłaczająca, ale to że ją obserwował, że wybrał sobie ją jedną, jedyną spośród wszystkich kobiet była nie do zniesienia.

To było dla niej za wiele, nie opierała się już dłużej przerażającemu zimnu i pozwoliła mu się pochłonąć. Świat zawirował i jej oczy zasłoniła ciemność. Jej świadomość zamknięta w bunkrze zatrzasnęła drzwi i wyrzuciła klucz, zdmuchnęła świeczkę i w kącie kołysała się w przód i w tył.


Straciła przytomność.

***

Sen nie nadchodził. Tak bardzo go pragnął, a on nie nadchodził. Przewracanie się z boku na bok  nie pomagało, a jedynie go denerwowało. Bezsenność. No boki zrywać. Obok wyrzutów sumienia, potwornego kaca, który go męczył od rana i rozwalonej dłoni, teraz jeszcze musiał się męczyć z tym przekleństwem. To było coś nowego dla niego. W trasie mógł zasnąć nawet w śmietniku, albo pod kanapą. Nic mu nie przeszkadzało, żadne hałasy, światła. A teraz jak na złość wszystko go irytowało: tykanie zegara, świecące gwiazdy z oknem, wiatr, odgłosy kroków na korytarzu. 

Kilka razy uderzył pięścią w poduszki próbując wyładować swoją frustrację, zanim ponownie opadł twarzą w miękką pościel. Oddychając głęboko wspomniał przyjemne chwile: tłumy ludzi na halach koncertowych, wygłupy z chłopakami, wyrozumiałe spojrzenie Louisa. Ale to też nie pomogło mu zapaść w sen.

Przewrócił się na plecy. A raczej próbował się obrócić. Leżał za blisko krawędzi swojego ogromnego łóżka i spadł na podłogę. Przeklinając swoją bezbrzeżną głupotę ściągnął pozostałą pościel i ułożył się pod ogromnym oknem. Przytulił twarz do chłodnej szyby i zawiesił wzrok na falach.

Debilu przestań się nad sobą użalać. Myślisz, że tego nie widać? Idioto, wszyscy widzą jak wzdychasz. Przestań, marnujesz czas. Nieszczęśliwe chwile w życiu są jak fale – przychodzą i odchodzą. A ciebie stać na więcej. Wiec skończ jęczeć i rusz swoją pedalską dupę po szczęście.”

Tak, definitywnie. Gdyby Lu widział go w tej chwili nie pożałowałby mu tego typu szorstkich słów. Taka była ich przyjaźń. Pozbawiona zbędnych ozdobników, szczera i prawdziwa. Jeden troszczył się o drugiego jak brata. Nieszczęście jednego bolało drugiego, a  szczęście dzielili przez pięć, przez co było go jeszcze więcej. Naprawdę miał farta w życiu. Nie przez wzgląd na pieniądze czy sławę. Miał ludzi, którzy samym swoim istnieniem podnosili go na duchu.

Jego ciężkie powieki opadły. I śnił.

Obrazy przesuwały się jak klatki starego filmu. Widział piękne brązowe włosy plączące się ze sobą pod wpływem wiatru. I nie wiedząc skąd wiedział, że w dotyku są miękkie niczym jedwab. Widział oczy, o pięknej, zielonej barwie podobnej do jego własnej, ale oczy te patrzyły wzrokiem delikatnym, czułym, to spojrzenie rozgrzewało jego serce. A usta, usta uśmiechające się uśmiechem, którego nie widział nigdy w życiu. Uśmiech, który był przeznaczony tylko i wyłącznie dla niego.



***

Nie chciała się jeszcze budzić. Czuła się bezpiecznie odcięta od tego szaleństwa. Żadna przerażająca wiadomość nie mogła jej dosięgnąć w tym stanie „niebycia”. Ale ktoś bezlitośnie próbował ją wyrwać z tego bezpiecznego miejsca.  Słyszała swoje imię wypowiadane, raz za razem, przez trzy różne głosy.

„Dlaczego mam wracać do tego strasznego miejsca?”

Czuła coś chłodnego pod swoim karkiem i miękkość kanapy pod swoim grzbietem. Ktoś ją przeniósł z podłogi. Francesco? Brian? Hope mogła wykluczyć, bo chociaż przyjaciółka miała silny charakter z pewnością nie udźwignęłaby jej bezwładnego ciała.

Kiedy nawoływania nie ustawały, podjęła się heroicznego wysiłku i otworzyła oczy. Jej ciało wydało jęk, ale świadomość jęczała jeszcze głośniej. Powoli odzyskiwała zdolność widzenia i, jak można było się spodziewać, zobaczyła nad sobą cztery zatroskane twarze: Briana, Francesco, Hope i ratownika medycznego. Przypuszczała, że to ten ostatni podłożył pod jej głowę woreczek z lodem.

-Proszę się nie podnosić, musimy zbadać pani ciśnienie. – w czasie, gdy mężczyzna w białym uniformie sprawdzał jej czynności życiowe, przyjaciele odetchnęli z ulgą widząc, że mając ją znowu wśród żywych.

-Dobry Boże, mała, napędziłaś nam stracha. Osunęłaś się na tą podłogę jak martwa. W dodatku byłaś taka zimna… - Na samo wspomnienie Brian się wzdrygnął.

-Jak chciałaś sobie uciąć drzemkę, wystarczyło powiedzieć. Znaleźlibyśmy dla ciebie jakieś wygodne miejsce. – Żartobliwym tonem Hope nie był w stanie ukryć tego, jak strasznie się przejmowała całą tą sytuacją.

-Gdzie ja jestem? – Głos Meg nadal był słaby. Zgodnie z zaleceniem sanitariusza nie próbowała się podnosić, ale jej wzrok błądził po pomieszczeniu, którego nigdy wcześniej nie widziała.

- Nadal w barze. Na zapleczu mam kanapę, bo czasem potrzebuję się zdrzemnąć, zwłaszcza że praktycznie tu mieszkam. – Po wyjściu sanitariusza, przyjaciele się rozluźnili i rozsiedli się wokół Meg.

Dziewczyna dowiedziała się, że policjanci odradzali jej powrót do domu, oraz że bar pozostanie zamknięty do godziny dwunastej, ponieważ ochrona musi przejść szkolenie i werbowani są dodatkowi ochroniarze. Z jednej strony uważała, że to słuszne, ale z drugiej zastanawiała się po co tyle zamieszania, skoro Keyens chce dopaść ją, a nie klientów baru.

-…musimy ci zapewnić ochronę, skoro zostajesz w barze jako przynęta.

-Słucham?! – Zszokowana podniosła się do pozycji siedzącej i patrzyła z niedowierzaniem na Briana.

- Meg, uspokój się, bo znowu odlecisz. – To znowu ręka  Hope gładziła uspokajająco jej plecy. Ale Megara wcale nie zamierzała się uspokoić. Była od tego jak najdalsza. I już miała wyrazić jak bardzo daleka jest od bycia spokojną, kiedy Vega jej przerwał.

-To najlepsze wyjście, Neuman. Po pierwsze jest tu masa kamer, więc jeśli koleś spróbuje ci coś zrobić to w naszych rękach będzie materiał dowodowy. Dwa, prawdopodobnie facet nawet cię nie tknie, ponieważ ochrona tutaj będzie porównywalna z obstawa jaką ma prezydent. Trzy, chwila twojego strachu, a policja zamknie tego psychopatę. Przyczynisz się do uratowania ludzkich istnień, a rodziny poprzednich rodzin w końcu zobaczą jak ten skurkowaniec dostaje to, na co zasłużył.

Dopiero teraz Meg zauważyła jak bardzo Francesco odstawał od grupy. Denerwował się, owszem, przecież byli przyjaciółmi. Ale był zdystansowany. Patrzył na nią nie jak na przestraszone zwierzę, ale jak na dziewczynkę, która usiłuje się wymigać od wykonania swoich obowiązków. Zupełnie jakby wierzył, że jest w stanie znieść całą tą psychiczna presję.

- Masz rację. Zamkniemy tego popaprańca. Juhu! – W jej głosie nie było ani trochę entuzjazmu. – O ile w ogóle to przeżyję. –wymamrotała.

- Widzę, że wracasz już do siebie, hę? – Leżąc z powrotem na kanapie i zasłaniając twarz poduszką Meg nie mogła zobaczyć twarzy Hope, ale była w stanie postawić swoje oszczędności, że przyjaciółka uśmiecha się do niej tym swoim powalającym uśmiechem.

Hope też wierzyła w jej siłę i odwagę. I chociaż bardzo chciała pozostać tą małą, bezbronną dziewczynką, musiała pokonać swój strach. Ona w nią wierzyła, Francesco wierzył i pewnie Brian też.

- Skoro mam być przynętą, to będę chociaż ładną przynętą. Wynoście się stąd i dajcie mi się przespać. Czuje się jakbym postarzała się o pięćdziesiąt lat.

W asyście chichotu Hope, ona i Brian opuścili zaplecze. Został Vega, który ostrożnie przysiadł na oparciu kanapy i pogłaskał jej włosy.

-Dasz radę, Meg?

- Pytasz, jakbym miała jakąś opcję. Praktycznie postawiłeś mnie pod ścianą. „Przyczynisz się do uratowania ludzkich istnień.” Ratujemy świat czy co? – Z każdą sekundą, gdy opuszczało ją przerażenie, cynizm i sarkazm powracały na swoje miejsce i z całych sił nadrabiały stracony czas.

- Przecież już raz posłałaś szaleńca za kratki. – Ojcowski ton Francesco zaczynał jej działaś na nerwy.

- Tak, ale wtedy nie miałam do czynienia z gwałcicielem tylko chorym psychicznie człowiekiem. I chodziło o moją mamę. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła. – Ucięła ostrym tonem jednocześnie upewniając się jednocześnie, że nikt poza nim tego nie słyszał. – A teraz daj mi spać. Mam świat to ocalenia, czy coś.

Francesco wstał ciężko i jeszcze raz czule pogłaskał ją po skroni. Ten gest z jednej strony ją wkurzał, a w drugiej wywoływał ciepło w jej sercu. Miała najlepszych przyjaciół na świecie, którzy troszczyli się o nią, którzy byli przy niej w tej trudnej chwili. I dzięki nim mogła stawić czoła temu potworowi – Johnowi Keynesowi.

Przy drzwiach Vega zatrzymał się i obejrzał przez ramię.

- Nie powiesz im o tym, prawda?

- Nie. 

- Szkoda, byłaby z ciebie seksowna superbohaterka.

- Vega…

- Tak, Meg?

- Wynoś się!


***


- Cieszę się, że nie jestem tobą, stary. – Stwierdził Jerry szczerząc się znad swojej cowboyskiej noweli. Ochroniarz siedział wygodnie na jednym z granatowych leżaków prywatnej plaży przy Beach Barze.

- Taa… Czemu? – Dopytywał się Harry, niespecjalnie ciekaw, bardziej zajęty poprawianiem swoich szortów, które jedna z fanek próbowała mu zerwać z tyłka.

- Ja przynajmniej mogę wybrać do jakiej laski chcę się przytulić. A ty nie możesz wybierać  - musisz szczerzyć się to wszystkich po kolei. Nawet takich pasztetów ja te tam. – Wskazał swoim kciukiem oddalające się dziewczyny, które przed chwilą przeprowadziły zmasowany atak na Styles’a.

- Och, zamknij się.

- Jaki wzburzony. – Ochroniarz naigrywał się z niego udając przerażenie. – Laska, którą ostatnio zabrałeś do hotelu nie miała takiej warstwy izolacyjnej. Nie bądź już takim świętoszkiem, Styles.

- W życiu nie chodzi o wygląd. Sylwetkę można wyćwiczyć, ale charakter wymaga więcej pracy. Może, gdybyś sobie z tego zdawał sprawę, nie byłbyś starym, zboczonym kawalerem. – Odciął się Harry i rozłożył na leżaku. Zsunął okulary na oczy i wodził wzrokiem po innych plażowiczach.

Musiał przyznać, że Beach Bar nie tylko serwował wyśmienite drinki, ale trzymał wysoki poziom ochrony. Po gościach prywatnej plaży widać było zamożność, ale zdawali się być zupełnie zrelaksowani pod okiem krążących bez ustanku pracowników ochrony.  Wszyscy zachowywali się tak swobodnie, byli zrelaksowani i szczęśliwi. Poza jedną dziewczyną, która przykuła jego wzrok od samego początku. Ubrana w czarne bikini krążyła po plaży, często wchodziła do baru, ale wracała bez żadnego napoju w dłoni, przewracała zniecierpliwiona strony kolorowego magazynu. Była zirytowana i niespokojna. Co chwilę podchodziła do ochroniarza i odchodziła od niego cała spięta.

Czekała na kogoś?

Całkiem prawdopodobnie, stwierdził Harry w myślach. Była śliczna, w odpowiednich miejscach zaokrąglona, a gdy przechodziła koło niego mógł zaobserwować, że również dobrze umięśniona. Takie dziewczyny zwyczajnie nie mogły być same. Zwłaszcza, że samą swoją obecnością zwracała na siebie wagę. Spędził już na tej plaży dwie godziny i widział, że nie tylko on przygląda się bacznie ślicznej brunetce. Mężczyźni oglądali się za każdym razem gdy przemierzała swoją trasę do baru. I nie tylko oni, kobiety również odrywały się od lektury pisemek i posyłały jej ukradkowe spojrzenia. Jedne pełne zazdrości, drugie uznania, a jeszcze inne czystej nienawiści.

Kiedy po raz kolejny dziewczyna przeszła koło niego Harry zastanawiał się, jakie oczy kryją się pod tymi ciemnymi Ray Banami. Puścił wodze fantazji i wyobrażał sobie, że spotyka się z nią na tej plaży w środku nocy i śpiewają popularne szlagiery, piją wino wprost z butelki i analizują teksty tych wszystkich piosenek. Tak bardzo tęsknił za zwyczajną relacją z dziewczyną, ale jedyne co na razie mógł zrobić, to marzyć. I nawet to było utrudnione, bo ktoś przerwał mu, chwytając jego ramię w mocnym uścisku. Pewien, że to kolejna fanka spragniona chwili rozmowy ze swoim idolem, nie otwierał jeszcze oczu, sycąc się obrazkiem wyprodukowanym przez wyobraźnię.

Jednak, gdy otworzył oczy, nie ujrzał szalonej nastolatki z jego imieniem na ustach. Przy jego leżaku przykucnęła brunetka, o której fantazjował. Jej dłonie były lodowato zimne i dopiero teraz zrozumiał, że to co wcześniej wziął za zniecierpliwienie było przerażeniem.

- Hej, pomożesz mi? – Jej głos wydawał się być swobodny, ale teraz z bliska widział, że jej zielone tęczówki przepełnione są strachem. Jej głowa obracała się w kierunku wejścia do baru, a gdy Harry spojrzał w tamtym kierunku, ujrzał wysokiego faceta, który przeczesywał wzrokiem plażę w poszukiwaniu kogoś. Czy to właśnie jego się bała?

- Chodzi o tamtego faceta? – Zapytał, kiedy ich oczy znowu się spotkały. Dziewczyna zdawała się zapadać w sobie i coraz większa część jej ciała znajdowała się na jego leżaku. Zdecydowanie nie chciała zostać zauważona, ale czemu? – Pomogę. – Odpowiedział cicho, gdy kiwnięciem głowy potwierdziła jego podejrzenia.

W przeciągu raptem kilku sekund, znalazła się na jego kolanach i pochyliła się nad nim tak, że czuł jej pełne piersi na swojej klatce piersiowej.

- Teraz cię pocałuję, a ty oddasz pocałunek starając się by ten popieprzeniec mnie nie zobaczył, ok?

Nie czekając na potwierdzenie jej wargi wtuliły się w jego usta, a jej dłonie powędrowały na jego twarz delikatnie ją obejmując. Jej kciuki pocierały jego policzki w elektryzujący sposób, a usta były miękkie i smakowały niewymownie słodko.

Była jak anioł. Nie dość, że jej ciało nawoływało do grzechu to jeszcze nieziemsko całowała. Bez wahania oddawał pocałunki, wplątując dłoń w jej włosy.

Plażowicze obserwujący ich wykrzywili swoje twarze w niesmaku, ale Harry tego nie widział. Nie widział też, że facet którego dziewczyna się bała wszedł do baru. Harry nie widział już nic. Zamknął oczy i rozkoszował się chwilą.



Nie podoba mi się jak Harry spotyka Meg, ale cóż... kiedyś musieli się spotkać, bo w mojej głowie już zaczynali mnie męczyć. Kurcze, zimno już na dworze, ale mam motywację by dużo spacerować, bo w domu nowa istotka. Otóż, moi drodzy: Meg to nie tylko główna bohaterka, ale też piękna sunia w moim domu! Adoptowana z schroniska. I w tym miejscu zachęcam wszystkich, którzy pragnąć mieć psa czy kota, o rozważenie wizyty w schronisku, bo zwierzę ta tam są kochane i tylko czkają na was by obdarzyć was swoją miłością.
I tym radosnym przesłaniem... Do następnego rozdziału.
Ściskam i pozdrawiam. ;p

7 komentarzy:

  1. Rozdział jest wspaniały ;)
    Z niecierpliwością czekam na next'a ♥

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały rozdział! Idealnie opisałaś reakcję Meg na wszystkie zdarzenia, jej uczucia, zachowanie, wygląda.. Wszystko się zgadzało i nie miałam najmniejszego problemu, aby całą tą sytuację sobie porządnie wyobrazić. Swoją drogą nie dziwię się dziewczynie, że była tak bardzo przerażona.. Gdybym ja zdała sobie sprawę z tego, że jakiś psychol chce mnie zabić, chyba sama bym oszalała, naprawdę. Podobalo mi się bardzo jak zarysowałaś i przedstawiłaś czytelnikom przyjaźń Harrego i Lou. Fajnie by było, gdyby postać Louisa pojawiła się w opowiadaniu, myślę, że byłby ciekawym bohaterem, właściwie już go polubiłam po tym, jak napisałaś o nim tych kilka zdań. Co do spotkania Stylesa i Meg to prawdę mówiąc wyobrażałam je sobie nieco inaczej i nie tego się spodziewałam, ale nie oznacza to nic złego. Zaskoczył mnie taki obrót sprawy i jestem niemal pewna, że nie jest to ostatnie spotkanie tej dwójki. ;) A i jeszcze jedno.. Cholernie ciekawi mnie sprawa o której dziewczyna nie chce nikomu powiedzieć. Co się stało o czym wie Vega, a o czym nie wiedzą inni. Mam nadzieję, że dowiem się tego w najbliższym czasie. Tymczasem pozdrawiam cieplutko i życzę masy weny! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - M.K wygrzebuje się spod repetytorium i słownika. "O! Komentarz!"-

      Kochana!

      Nawet nie wiesz jak bardzo cieszy mnie Twoja pozytywna opinia. Miałam straszne wątpliwości co do tego rozdziału. Nie lubię zbędnego użalania się nad sobą, ale Meg cóż... dużo przeżywała i trzeba było to pokazać. Jak i jej relacje z ekipą. Poza tym spotkanie H&M miało od początku tak wyglądać, ale nie mogłam za cholerę tego w fabułę wpasować i trzeba było trochę ponaciągać fakty.

      Co do spotkania z Louisem... Jeszcze trochę potrwa zanim się pojawi fizycznie w S.F, ale masz racje dobry z niego przyjaciel. Nie mniej, nie mogę obiecać, że będzie taki cały czas i w stosunku do wszystkich.

      A to co ukrywa Meg? Sama chciałabym wiedzieć. Ta jędza ma sekrety nawet przede mną, wyobrażasz sobie?

      Usuń
  3. Nigdy nie komentowalam ale teraz mam pytanko . Kiedy nowy.? : (

    OdpowiedzUsuń
  4. W idealny sposób oddałaś wszystkie emocje i strach Meg przez tym szaleńcem. Nie dziwię się w ogóle jej reakcji, paniki i nawet tego, że straciła przytomność. Żołądek na pewno podchodził jej do gardła na samą myśl o tym, co ten morderca mógłby jej zrobić. Faktycznie, dobrze, że została w barze. W domu mogłaby spotkać ją niemiła niespodzianka, skoro facet dokładnie wybierał sobie ofiary. Chore. A tak miała przy sobie przyjaciół, opiekę i co najważniejsze ochronę. Tylko teraz ma stać się przynętą dla mordercy. Odważne posunięcie z jej strony, skoro zgodziła się w tym uczestniczyć. Ale swoją drogą, czy miała jakiś inny wybór? Teraz przynajmniej jest szansa, że będzie mogła spać spokojnie, a wakacje w tym miejscu nie okażą się koszmarem.
    Pierwsze spotkanie naszych gołąbeczków! Całkiem niespodziewane, muszę przyznać. Takie zbliżenie jak widać było bardzo konieczne, bo jak podejrzewam, tym facetem wchodzącym do baru był właśnie ten poszukiwany morderca. Jestem ciekawa jak to teraz między nimi się potoczy, więc zabieram się za piąty rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ^.^ Wreszcie się spotkali.. :) Nie mogłam się już doczekać tego momentu :) Piszesz świetne rozdziały, a ten chyba wyjątkowo zostanie jednym z moich ulubionych :) Lecę czytać dalej ;) Weny życzę <333

    OdpowiedzUsuń