Obserwatorzy

piątek, 11 października 2013

1. Struggling



 1. Struggling

niezmiennie:
Dla Evris. 

Szarawe niebo nad San Francisco powoli jaśniało. Ciemne chmury rozchodziły się leniwie po ulewie, która przegoniła wszystkich plażowiczów z Ocean Beach. Całe miasto wyciszyło się po niedawnej nawałnicy, tylko przebijające się promienie zachodzącego słońca dawały znak, że ten dzień jeszcze nie dobiegł końca. Wzburzone fale miarowo uderzały swoimi spienionymi grzbietami o opustoszały brzeg. 

Takiemu właśnie pięknemu, wręcz romantycznemu widokowi przyglądał się Harry, rozciągnięty na swoim wielkim hotelowym łóżku. Spędził całą godzinę na podziwianiu jak krople deszczu uderzają o szybę. W bezruchu trwał sam nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. Książka, która leżała teraz niedbale rzucona na podłogę przyprawiała go o ból głowy. 

Od tygodnia był w tym pięknym mieście, zażywał relaksu w hotelowym basenie, podziwiał piękne widoki na plaży, ale mimo wszystko tkwił w nostalgicznym nastroju. Poza ostrzałem kamer i bez towarzystwa chłopaków z zespołu mógł odpuścić sobie robienie dobrej miny do złej gry. Czuł się rozdarty. Był świadomy, że powinien być szczęśliwy, przecież niewielu osobom udaje się zostać idolem nastolatek w wieku dziewiętnastu lat, a w dodatku zarabiać… sam nie wiedział jak wiele zarabia, bo wszystko wysyłał mamie. A z tego co słyszał, to on i zespół nie zarabiali wcale mało. Ale czuł się zwyczajnie nieszczęśliwy. A bardziej samotny. Cieszył się szczęściem Louis’a, Liam’a a nawet Zayn’a, mimo, że strasznie go wkurzał. Na miłość boską!, nawet Nial sobie kogoś znalazł w Hiszpanii. l

Tylko, on. Sam jak palec. Może miał za duże wymagania? Może w dzisiejszym świecie nie ma już miejsca na prawdziwą miłość?

Z ponurych rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu, z osiąganiem poniósł się i zaczął szukać telefonu w pomiętej, granatowej pościeli. Na szczęście poszukiwania nie trwały długo i prędko odebrał połączenie. 

- I jak tak tam Styles, podoba ci się w  San Francisco? – w słuchawce odezwał głos Lou, która jak zwykle brzmiał bardzo optymistycznie i chłopak uśmiechnął się ciepło na myśl o stylistce. 

- Cudownie!-Harry odchrząknął i starał się przywrócić typowy dla siebie wesoło-sarkastyczny ton.- Wyobraź sobie, że spędziłem ostatnią godzinę doprawdy fantastycznie – obserwowałem jak natura umila mi dzień ulewą. Powiedz, że zazdrościsz mi takich wakacji?

- Daj spokój. Nie może być aż TAK źle. Wiem, że brakuje ci chłopaków, ale… - fryzjerka nie dokończyła dając mu szansę by zaprzeczył. 

- Ech… - brunet westchnął przeciągle i powrócił do swojej poprzedniej pozycji. Pościel była przyjemnie chłodna i pieściła jego nagie plecy. – Musiałaby skłamać, gdybym powiedział że nie tęsknie za tymi pojebami. Zdradzę ci w sekrecie, że nocami wypłakuję oczy za Luisem. Jesteś zszokowana, co? 

W słuchawce zapadła cisza. I to nie taka zwykła cisza, gdy rozmówca się zdekoncentrował, przez na przykład psa próbującego kopulować z jego nogą. Była to cisza znacząca. I to z typu tych, które mogą wyprodukować tylko kobiety. Cisza ta, chociaż nie zawierała żadnego dźwięku mówiła wyraźnie: Twoje żarty mnie nie śmieszą i wolałabym żebyś skończył z próbami oszukania mnie.
Na swoje szczęście był dość blisko ze swoją mamą i wiedział, że w przypadku tego rodzaju ciszy należy reagować szybko, zanim kobieta po drugiej stronie słuchawki skończy układać w myślach swój monolog. 

- Słuchaj, Lou. Wiem, że się martwisz. Że wszyscy się martwicie. Pełne optymizmu smsy od tych małp nie są w stanie zmydlić mi oczy. Nie wiem czy myślicie, że mam doła, czy macie na myśli jakieś inne cholerstwo. – Starał się utrzymać spokojny ton, mimo że wcale nie było mu się łatwo zwierzać z takich osobistych spraw.  – Nie chcę być niewdzięczny, chociaż może tak zabrzmię, ale chodzę na spotkania z fanami i wiem, że gdyby nie oni nie mielibyśmy tej wielkiej szansy. Ale…  Niech to diabli, nie mam pojęcia jak ci to wyjaśnić!

- Spokojnie, Harry.  – Lou mówiła powoli, używając swojego delikatnego głosu, którym zazwyczaj zwracała się do swojej córeczki.  – Może na początek spróbuj ująć to w słowa. 

- Taaaaaa, łatwo mówić. – Harry usiadł z powrotem i nerwowym gestem przeczesał swoje gęste loki. Jego klatka piersiowa gwałtownie unosiła się i opadała, zupełnie jakby mierzył się z czymś silniejszym od siebie.  – Zwyczajnie doprowadza mnie do szaleństwa to, że te wszystkie dziewczyny mnie „kochają”. Wiem, że jako artystka jestem dla nich bardzo ważny itp. Itd., ale do jasnej cholery nie mają pojęcia kim jestem. A jakby tego było mało! Ich nawet NIE OBCHODZI, kim jestem i co czuję naprawdę! Są szczęśliwe, póki uśmiecham się do zdjęć i pozwalam się przytulać. Kochają pieprzony, wizerunek, który czczą jak boga! – potok słów wylewał się z jego ust, a Lou milczała. – Czy naprawdę dużo żądam? Chcę tylko być człowiekiem… 

- Och, Harry… - Lou nie znała słów pocieszenia, które mogłyby podnieść go na duchu. Była też niemal pewna, że słowa pocieszenia były ostatnią rzeczą jaką chciał usłyszeć. Więc milczała z nim. Jednak cisza miedzy nimi była inna tym razem. Była to cisza, która świadczyła o obecności i zapewniała o tym, że jeśli cokolwiek jeszcze chciałby powiedzieć to jest tam ktoś kto go wysłucha.

Nad Oceanem Spokojnym niebo już wyzbyło się szarości. Niebo zalane było soczystym odcieniem różu. Woda uspokoiła się zupełnie leniwie głaszcząc piaszczyste wybrzeże wraz z miarowymi falami odpływu. Na horyzoncie majaczyła nawet para spacerująca z psem, więc życie powoli wracało do normy. W ciszy hotelowego pokoju Harry czuł się zmęczony. Walka, którą toczył okazała się być walką z sobą. Ze swoim poczuciem samotności, niekochania i nieszczęścia.

 I przegrał.

* * *

Głos wokalisty zespołu Mutemath wydobywający się z głośników był jedynym dźwiękiem w całym pokoju. Konsekwentnie rozprzestrzeniał się po pomieszczeniu, którego ściany były w kolorze smakowitego cappuccino, a meble wykonane były z ciężkiego mahoniu. Przytłumione ciemnym abażurem światło z małej lampki oświetlało skąpo szerokie biurko, które pokrywały liczne notatki, a wokół jednej z jego nóg piętrzyły się książki, z których jak wężowe języki wystawały kolorowe zakładki.  Jasną podłogę, która kontrastowała z ciężką fakturą i kolorem mebli, pokrywał biały dywan zdający się szeptać: Chodź, sprawdź jaki jestem miękki, połóż się na mnie i odpocznij.  Całe pomieszczenie emanowało kobiecą aurą, a sama właścicielka, która nie tylko była odpowiedzialna za jego wystrój, ale też unikalny słodko-piżmowy zapach unoszący się w powietrzu siedziała na szerokim parapecie i najspokojniej w świecie paliła papierosa. Zaciągała się powoli, starając się wykonywać jak najmniej ruchu – napawała się atmosfera spokoju, którą tak długo tworzyła w tym swoim małym kawałku świata. Za jej plecami zapadł już zmierzch w Vancuver, jednak wcale nie oznaczało to, że ulice wymarły. Ostatni studenci wracali z wyczerpujących egzaminów ustnych, a ci, którzy mieli je już za sobą ciągnęli w kierunku centrum by świętować.

Dziewczyna podniosła po raz kolejny papierosa do ust i wciągnęła śmiercionośną nikotynę do płuc. Gdy wypuszczała dym jej uwagę przykuło odbicie w szybie. Oczy uwydatnione przez grube i ciemne oprawki okularów patrzyły z szyby z potępieniem. Jedna brew była uniesiona w pytaniu, nadając je twarzy zaczepny wyraz. Lubiła tą twarz. Zdecydowanie była zadowolona, że skrzyżowanie genów jej rodziców wyszło im lepiej nisz próba pogodzenia dwóch skrajnie różnych charakterów. Nie raz słyszała, że sprawia wrażenie osoby godnej zaufania, ale jednocześnie zabójczo zdeterminowanej. Zaufanie pewnie wzbudzał jej uśmiech i wydatne policzki, które nadawały całej twarzy delikatności. Rodzice często ją rozśmieszali, bo mówili, że wtedy wygląda młodziej. Rzeczywiście, gdy z jej ust znikał uśmiech twarz wydawała się należeć do kogoś o wiele starszego niż jej dwadzieścia trzy lata. Brwi i rzęsy stanowiły piękną, mocną oprawę oczu, które były intensywnie zielone. Wąski podbródek i ostra linia szczęki nadawały jej rysom szlachetności, a gęste brązowo złote włosy obramowywały ten porter delikatną falą. Podziwianie własnej urody było, dla Meg zajęcie równie przyjemnym co rzadkim. Przekonała się nie raz w życiu, że wygląd może zaprowadzić ją w wiele miejsc, i to nawet wygodnych i pięknych, ale tylko jej umiejętności i wiedza ją tam utrzymają.

Złośliwość rzeczy martwych polega na tym, że potrafią człowiekowi popsuć bardzo przyjemne chwile. Toteż, gdy gasnący papieros zaczął parzyć jej pale zmuszona była oderwać wzrok od własnego odbicia i wrócić na ziemie. Niedbale wyrzuciła niedopałek na ulicę i zeskoczyła z parapetu.

Przeciągając się spojrzała niechętnie na kartki z jej odręcznymi notatkami leżące na biurku. Była kobietą wyemancypowaną, niezależną i świadomą tego, że tylko ciężka praca pomoże jej osiągnąć sukces zawodowy. Jednak od tygodni próbowała napisać pracę na temat wpływu obecnego kryzysu na stabilność gospodarczą państw Unii Europejskiej i nie szło jej za dobrze. Wszystkie jej wysiłki nie dawały rezultatów. A przynajmniej nie takich jakie by ją satysfakcjonowały. Ponad to czuła się zniechęcona. Od dwóch lat jedyną rzeczą, której poświęcała cały swój czas była właśnie nauka. Potrafiła zarywać noce analizując tabele statystyczne i wprowadzać je do programów porównawczych. Ślęczała nad książkami aż zaczynało się jej kręcić w głowie. Wiedziała, że postępuje słusznie tak wielką wagę przykładając do edukacji, wewnątrz czuła jednak, że w jej życiu czegoś brakuje. Czego? Sama nie wiedziała. Czuła tylko ogromną pustkę w piersi.

Drzwi otworzyły się z hukiem wyrywając ją z ponurych rozmyślań. Do pokoju wpadła jak huragan blondwłosa piękność odziana w obcisłe jeansy i podniszczone conversy. Hope nie przejmowała się zbyt często konwenansami, a tym bardziej pukaniem. Była studentką prawa  i pewnie, gdyby Meg chciała narzekać na pogwałcenie jej prawa do prywatności, ta zasypałaby ją argumentami z którymi ciężko byłoby się spierać.

- Meg, cokolwiek chciałaś robić odłóż to na później. – Ostrzegła zdyszana. - I najlepiej usiądź. Bąba, która zaraz ci sprzedam jest naprawdę wybuchowa. I toksyczna.

Meg zauważyła, że blondynka ściska w ręce jedno z wydań gazetki uczelnianej. Sama nie przykładała do tej gazety większej wagi, bo głównie publikowano w niej ploteczki o studentach i profesorach, albo wznoszono peany na część akademickiej drużyny footballowej. Ani jedno, ani drugiej jej nie interesowało, więc rzadko miała okazje je czytać. Nie wspominając już o prywatnej niechęci do naczelnej gazety. Widząc jednak wzburzenie przyjaciółki usiadła na krześle krzyżując nogi w kolonach i opierając o nich dłonie. 

– Zamieniam się w słuch.

- Wiesz, że jestem za wolnością prasy i swobodą wyrażania własnych subiektywnych opinii, prawda?-Hope wpatrywała się w Meg intensywnie swoimi błękitnymi oczyma, czekając na potwierdzenie.

-Taaaaak.-opowiedziała brunetka ostrożnie, niepewna czego się spodziewać. -  Ale co to ma do rzeczy?

- To, że mimo mojej ogromnej tolerancji Lexi przegięła pałę! – Kravchyk otworzyła pomięte wydanie gazety akademickiej i zaczęła czytać na głos. – „Gwiazda wydziału ekonomii Megara Neumann w ciągu dwóch lat szturmem zdobyła serca wszystkich wykładowców i swoimi wynikami w nauce udowodniła, że ekonomia jako nauka nadal może przyciągać studentów. Ale czy wszystkie jej osiągnięcia są tylko wynikiem ciężkiej pracy? Od kiedy rozpadł się związek, którego perypetie wszyscy śledziliśmy z zapartym tchem: Meg i  Davida Whitmora, syna obecnego rektora uczelni, na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz bardziej szokujące fakty. Podobno panna Neumann miała problem z zaliczeniem Prawa Handlowego u profesora Montgomery. Jak zatem jej się to udało? Anonimowe źródło twierdzi iż powoływała się na swoją znajomość z rektorem Whitmorem. Rzekomo miała również sugerować wykładowcy, że jeśli z nią zadrze może stracić stanowisko. Jak widać w przypadku panny Neumann pierwsze wrażenie może być mylne.” – Hope skończyła czytać i wściekła podarła gazetę w strzępy. – Nie mogę, kurwa, uwierzyć, że ta suka to napisała. Nie dość, że posądza cię o naruszenie regulaminu uczelni, to jeszcze wyciąga nazwisko rektora. Przecież ona nie ma za grosz godności!

Meg była szczęśliwa, że zdecydowała się oprzeć dłonie o kolana, ponieważ z każdym słowem przytoczonym przez blondynkę rządza mordu w niej wzrastała. Pod koniec ściskała swoje kolana tak mocno, że bała się iż zmiażdży własne kości. Każdy mięsień w jej ciele był napięty niemal do bólu, a w głowie pędziły myśli jak szalone. Była wściekła, załamana i czuła się zdradzona jednocześnie. Poczucie niesprawiedliwości narastało w niej wraz z furią. Wiele wysiłku włożyła w budowanie swojego wizerunku na uczelni, a teraz jeden głupi artykuł napisany przez zazdrosną dziewczynę mógł to wszystko obrócić w proch.

-CO. ZA. PIERDOLONA. NIEWDZIĘCZNA. MENDA. – Wyspała przez zaciśnięte zęby. – Uwierzysz, że pomogłam jej dostać się do redakcji? Lexi ma racje. Pierwsze wrażenie bywa mylne. Dwa lata temu nie uwierzyłabym, że jest w niej tyle jadu. A teraz popatrz. Miesiąc temu przespała się W MOIM łóżku z MOIM chłopakiem, a teraz obsmarowuje mi dupę w gazecie, do której pomogłam jej się dostać. Boże! Gdyby się tu pojawiła chyba bym ją udusiła gołymi rękami. - Meg zacisnęła w powietrzu dłonie, na niewidzialnej szyi. 

- A ja bym ci pomogła. – Zapewniła przyjaciółka krzyżując nogi na łóżku. - To nie jest godne człowieka. Podłe, podłe, podłe! – Wykrzyknęła z oburzeniem walać w kapę. -  A wiesz co jest najgorsze?

- Nie mam bladego pojęcia. Oświecisz mnie?
- Tego szmatławca – Hope wskazała na strzępki papieru leżące na podłodze – czyta spora część wykładowców.

Wstrząśnięta Meg w pierwszym odruchu wytrzeszczyła oczy na przyjaciółkę w niedowierzaniu, a następnie schowała twarz w dłoniach, pale wczepiając we włosy. –Nie wiem czy się powtarzam, czy nie, ale nie mogę uwierzyć, że to zrobiła. Czy nie wystarczy jej tego, że zniszczyła mój związek? Musi jeszcze kopać leżącego? Czy jej celem jest zniszczenie mi życia? Kurwa, no.

Atmosfera w pokoju zmieniła się zupełnie. Po spokoju nie został nawet ślad. Przytłumione światło lampki wyostrzały rysy dziewczyn tak, że wściekłość Hope i rozpacz na twarzy Meg były tak wyraźne, że aż karykaturalne. Brunetka miała wrażenie, że cały świat zwalił się jej na głowę. Myślała, że pozbieranie się po zdradzie Davida było ciężkie, ale teraz kiedy cała jej kariera akademicka wisiała na włosku czuła się niemal pokonana. Dobrze wiedziała co takie pomówienia, jak to wyprodukowane przez Lexi, mogą zrobić z człowiekiem. Zniszczyć go. Jedyny sposób by tego uniknąć to się nie dać i trzymać głowę wysoko. Ale na to potrzeba siły. Ogromnej siły, a  po wyczerpującej sesji egzaminacyjnej i wciąż krwawiącą raną jaką zostawiła w jej sercu zdrada nie miała na to siły.

- To mogę zapomnieć o pisaniu pracy. – Brunetka wstała i zaczęła przemierzać nerwowo pokój w tą i z powrotem.  - Nie zniosę wytykania palcami na korytarzach i szeptów w bibliotece. Albo się załamie, albo tym kretynom walnę w twarz. 

-Dobrze, że chociaż masz sesje za sobą. Na pewno, któryś z profesorów by próbował coś sugerować. Zwłaszcza, że wiesz….

- Co niby wiem? 

- Nie udawaj głupiej! – Hope wyrzuciła ramiona w górę z oburzeniem. – Jesteś jedną z piętnastu kobiet na swoim wydziale. Jedną z dwóch na kierunku. Twoi wykładowcy to sami mężczyźni, a ty wyglądasz jak chodząca bogini seksu z tymi szerokimi biodrami, płaskim brzuchem i krągłymi piersiami.

- Nie rozumiem do czego zmierzasz…  - Meg przyglądała się przyjaciółce spod przymrużonych powiek.

- Boże, taka mądra, a taka nieświadoma. – Blondynka pokręciła głową ze zrezygnowaniem – Pewnie, któryś z wykładowców na ciebie leci i próbowałby cię  zaczepić by tylko zobaczyć twoją reakcje.

- Świetnie. Wyższe studia to doprawdy cudowne miejsce: kobieciarze, kłamcy, oszczercy i seksiści. Do kompletu brakuje nam tylko morderców i złodziei.  – Przyjaciółka wykrzywiła usta w niesmaku. 

– Jak ja nie chcę tu być. Shit.

- Rozumiem cię. Ale przecież nie rzucisz teraz wszystkiego…

- Co racja, to racja - potrzebuję pieniędzy, a w barze dobrze płacą. – Meg zasępiła się na myśl, że będzie musiała zostać na kampusie przez całe lato pod ostrzałem osądzających oczu praktycznie wszystkich. Bo o ile ona nie czytała gazety akademickiej, to większość studentów i pracowników kupowało ją by „być na bieżąco”.

- Chyba, że… - Zaczęła Hope nagle sobie coś przypominając, a widząc, że koleżanka przygląda się jej z nadzieją w oczach, kontynuowała. – Chyba, że masz ochotę wybrać się na zachodnie wybrzeże.

- Nie rozumiem... Masz na myśli Kalifornię?

- Słuchaj, wiem, że to szalone, ale brat Francesco, ma w San Francisco domki wypoczynkowe. F. pomaga mu w prowadzeniu biznesu i pytał się mnie czy bym nie chciała do niego dołączyć. Mogłybyśmy pojechać razem. Mieszkać jest gdzie, a barmanka z takim doświadczeniem na pewno znajdzie prace w pięć minut. I kto wie? – Dodała konspiracyjnie.  – Może jakiś przystojniak pomoże ci zapomnieć o tym całym dramacie  z Davidem i Lexi?

Meg mogłaby wyjechać nawet na Antarktydę i mieszkać wśród pingwinów, byle by się wyrwać z tego toksycznego miejsca. Bez wahania pokiwała potwierdzająco głową, a uśmiech sam wpełz jej na usta.

To było jak sen i nie mogła uwierzyć, że to się dzieje na prawdę. Wszystko zmieniało się w szalonym tempie:  W jednej chwili świat runął jej na głowę, a sekundę później Hope wyciągnęła ją z tego gruzowiska. I to nie wszystko! Oferowała jej przygodę, której Meg potrzebowała, w tej chwili bardziej niż czegokolwiek innego.

- To kierunek San Francisco, Meg?

- No to, San Francisco.  


4 komentarze:

  1. Świetny rozdział!

    Podoba mi się Twój styl pisania.
    A fabuła jest bardzo obiecująca

    Z niecierpliwością czekam na kolejny ♥
    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie się zapowiada, będe tu częściej zaglądać i napewno komentować, a w tym czasie zapraszam na kolejny rozdział mojego opowiadania: http://onedirectionhistorie6.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Już ja wiem co to będzie za przystojniak, który oswobodzi Meg, hehe....

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszy rozdział pełen emocji. Na początku Harry, którego jest mi bardzo szkoda. Wszyscy dookoła niego są szczęśliwi, spotykają się z kimś, tylko on jeden został sam. To musi być naprawdę przytłaczające. Przez to wszystko zaczął mieć nawet pretensje do fanek. Biedaczek. Ale chyba nie będzie zaskoczeniem, jeżeli powiem, że najbardziej emocjonujące było to, w jaki sposób ta cała Lexi potraktowała Meg. Jeszcze jak się dowiedziałam, że chłopak zdradził ją z tą wywłoką, to przecież. Szczyt chamstwa. Jest bezczelna i powinna dostać po twarzy. Dobrze, że Hope zaproponowała przyjaciółce ten wyjazd. Na pewno dobrze jej to zrobi. Pełna złości i zaciekawiona, idę czytać dwójkę :)

    OdpowiedzUsuń