Obserwatorzy

piątek, 18 października 2013

2. Beach Bar, część pierwsza.



 02. Beach Bar, część pierwsza.

Dla: eM, J.J, B, K, i reszty.
Oraz moich kochanych czytelników. ;)



Po sześciu godzinach lotu i męczącej odprawie, Meg czuła się wyczerpana. Bolały ją wszystkie kończyny i różnica ciśnienia dawała jej się we znaki. Ćmienie w głowie doprowadzało ją do szaleństwa na równi z hałasem typowym dla lotniska. Elektronicznie przetworzony, charczący głos człowieka z informacji mieszał się z głosami podnieconych podróżnych. Piski rzucających się w ramiona ukochanych dziewczyn wwiercały się w jej głowę jak wiertło. Miała ochotę krzyczeć na ludzi, którzy niestrudzenie ciągnęli swoje wielkie i ciężkie walizy, których turkające koła doprowadzały ją na kraniec wytrzymałości . Jej irytacji nie zmieniał fakt, że w San Francisco świeciło piękne słońce, a niebo było absolutnie przejrzyste. Ani jedna chmurka nie przesłaniała idealnie błękitu. Nawet w reklamach nie bywa ono tak piękne jak było tamtego dnia. Zamiast cieszyć się tym, że będzie mogła spędzać godziny relaksując się na plaży i opalać się na piękny brązowy kolor, w duchu dziękowała bogu, że lotnisko jest klimatyzowane.

- Och przestań. Wkurzasz mnie z tą miną. - Hope pochyliła się do przyjaciółki podając jej butelkę z zimną wodą, którą zakupiła w automacie.

- Moje życie to w tej chwili jedna wielka masakra. A jak ci się moja mina nie podoba to nie musisz na mnie patrzeć. – Meg wzruszyła ramionami i utkwiła wzrok w swoich stopach.

- Jesteś niemożliwa!  - Hope tupnęła mocno nogą. Jej urocza anielska buźka wykrzywiła się w złości. 

Po chwili napięcie odpłynęło, a wagi wygięła w szelmowskim uśmiechu. Chwytając przyjaciółkę za kolana usiadła na podłodze obok jej nóg. Ciepło jej uścisku wyrwało Meg z jej otchłanni ponurych myśli. – Ok. Spróbujmy po twojemu.

- Czyli jak, pani mądralińska? Hę?

- Ekonomicznie. – Brwi brunetki powędrowały w górę, jednak nic nie mówiła tylko czekała na ciąg dalszy. – Zdefiniuj problem.

Parsknęła na widok teatralnej gestykulacji Hope, która naśladowała egzaltowane ruchy jednego z jej profesorów. – Ok., ok., już… Ała. Uff… Ha, haaa, ha! Dobra, dobra. Już się uspokoiłam. Więc, problemem jest to, że moja reputacja jest zszargana i przez to moja praca naukowa nie będzie traktowana poważnie.

- Dobrze, dobrze. – Palec wskazujący obijał się o brodę blondynki, gdy nie wychodząc z roli cmokała z konsternacją. – Jak możesz temu zaradzić?

- Musze odbudować szacunek udowadniając, że te oskarżenia są nieprawdą. – Opowiedziała z powagą Meg zamyślając się na chwilę. – Albo mogę urwać suce łeb. Ale to chyba nie legalne... Hymm… To zostańmy przy pierwszej odpowiedzi. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Powoli, małymi kroczkami jej dobry humor wracał, gdy dochodziło do niej co przyjaciółka próbuje jej uświadomić.

- Czy to działanie krótko czy długo falowe?

- Długo.

- Czy możesz zacząć działanie teraz?

- Nie.

- TO DO WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH! SKOŃCZ JĘCZĘĆ I CIESZ SIĘ WAKACJAMI!!! – Kilka głów odwróciło się w ich kierunku. Odważniejsze z matek wskazywały na nie palcami szepcząc coś to swoich dzieci. Pewnie uczulały maluchy by się tak nie zachowywały publicznie. 

Hope, oprócz uroczej buźki, braku manier i długich, zgrabnych nóg mogła się pochwalić również doniosłym głosem. – Nie chcę słyszeć słowa na temat tego artykułu do końca wakacji. Czyli przez dwa miesiące masz trzymać język za zębami. Rozumiesz? DWA. MIESIĄCE. ANI. SŁOWA. 

Oburzenie z jakim Hope ją pouczała całkowicie wyprowadziło ją z równowagi i Meg zaczęła już nie tylko chichotać, ale się otwarcie śmiać, chwytając pod boki. Nie musiała długo czekać by ta, która ją strofowała dołączyła do niej w równie wesołym tonie. 

 ***


Rozciągnięta na tylnej kanapie Dodga, Meg przyglądała się przez przymknięte powieki  Francesco oddającego się wesołej rozmowie z Hope, której nigdy nie brakowało tematu. Mimo zmęczenia musiała przyznać, że Vega miał coś w sobie: Te krótkie brązowe włosy i opalona skóra. Ciemne oczy i kilkudniowy zarost, który z daleka krzyczał: Jestem Włochem, moje serce i ciało są gorące jak piaski Palermo w środku lata, nadawał jego urodzie tajemniczości.  A jakby sam wygląd nie wystarczył, Francesco miał nienaganny gust. Chociażby, gdy odbierał dziewczyny. Biała koszulka opinała jego bicepsy, ale nie w nachalny sposób, zarysy mięśni delikatnie przebijały się przez materiał koszulki, a jasne jeansy w kuszący sposób spadał mu z bioder, do tego stopnia, że jedyną rzeczą, która je tam jeszcze trzymała był pasek, co jeszcze bardziej rozpalało wyobraźnie

Kącik jej ust uniósł się w ironicznym uśmiechu. By w prawdzie nieodparcie pociągający, ale znała go już od dawna i widziała go w różnych sytuacjach, że mogła go traktować tylko i wyłącznie jak brata.

Podróż mijała im szybko, a umilali ją sobie niezobowiązującymi tematami. Wspominali czasy przed studiami w Vancouver, to jak się poznali, a Hope zrelacjonowała Francesco wydarzenia ostatniego tygodnia zaznaczając dobitnie, żeby już nigdy o nie poruszał tego tematu.

- To temat zakazany. Rozumiemy się?

Dziewczyny dowiedziały się, że brat Francesco, u którego miały mieszkać, jest właścicielem dużego ośrodka wczasowego z domkami wypoczynkowymi oraz zapleczem sportowym usytuowanym niedaleko plaży. Oczami wyobraźni widziała już siebie spacerującą po plaży nad ranem z kubkiem kawy w dłoni i rozmarzyła się zupełnie.

- Meg, nie obraź się – chętnie cię z bratem ugościmy, ale nie mam dla ciebie pracy. – Vega brzmiał na zatroskanego. – Potrzebowaliśmy pomocy, jednak ty miałaś całe lato siedzieć w bibliotece albo nalewać drinki w Kwadracie, więc zatrudniliśmy dodatkowych ludzi. A teraz skoro… stało się jak się stało. – Dodał pośpiesznie, ponieważ Hope ostrzegawczo podnosi rękę. – Obawiam się, że będziesz musiała poszukać sobie pracy.

-  A masz taki zmartwiony głos, ponieważ…?

- No przestań! Jest mi przykro, bo mogłemcoś  pomyśleć, coś załatwić… Sam nie wiem. Czuję się winny.  

- Och, zamknij się Vega. Ok.? – Meg poprawiła się na siedzeniu i posłała mu w lusterku ciepły uśmiech. – To ja powinnam czuć się winna, bo zwalam się twojemu bratu na głowę, będę mieszkać za darmo i witacie mnie jak rodzinę. Puknij się w czoło Francesco.

- Poznaj południową gościnność, mała. – Odwracając się przez ramię mrugnął do niej porozumiewawczo.

***
- Spadaj mała, mamy komplet.

„Taa, jasne. Południowa gościnność. Niech ją szlak!”

Meg podskoczyła, gdy właściciel lokalu zamknął za nią drzwi z trzaskiem. W swoich myślach obraziła go najbardziej paskudnymi inwektywami i zsuwając okulary na nos ruszyła dalej, wcześniej sprawdzając kolejny adres.

Szukanie pracy nie było wcale takie łatwe jak myślała. Nie mogła zrozumieć dlaczego spotyka się z ciągłą odmową. W końcu od dwóch lat była stałą barmanką w jednym z lepszych barów w Vancouver. Nie brakowało jej ani doświadczenia, ani tym bardziej umiejętności. Wyglądała też nieźle. Przed wyjście z domu upewniła się, że jej białe szorty nie są za krótkie, a czarna bluzka ma odpowiedni dekolt i opina ją w odpowiednich miejscach. W normalnych warunkach została by przyjęta jeszcze za nim skończyła by się przedstawiać, tylko to San Francisco było dla niej pecha. Bar, który opuściła był już dziesiątym miejscem, w którym jej odmówili.

To zdecydowanie nie był jej dzień. Ciągłe odmowy bombardowały jej pewności siebie i zaczynała się bać, że ten statek zaraz zatonie. Na domiar złego od przemierzonych kilometrów zaczynała odczuwać wysokość obcasów w jej ulubionych skórzanych sandałkach. Bolały ją mięśnie ud, śródstopie, a głowa pęka od niemiłosiernego upału.

„A może to coś nie tak z moją twarzą?”

Rzeczywiście była zmęczona, a nawet gdzieś pod skórą czuła jeszcze tego ogromnego kaca z którym się obudziła. Kac spowodowany był niespodzianką przygotowaną przez Francesco. Chłopak aby uczcić przyjazd ich i z tej okazji zdobył prawdziwą polską wódkę, na którą obie się rzuciły, gdy już udało się ją wyrwać z uścisku Hope wspólnie, w ekspresowym tempie ją rozpracowali, a potem kolejną i następną…

Policzki uniosły się jej w uśmiechu, gdy wróciła wspomnieniami do poprzedniej nocy. Bawili się świetnie. Tańczyli niemal na każdej powierzchni domu: kanapie, fotelach, werandzie, stole, schodach, pod prysznicem. Ocierali się o siebie w tańcu, wygłupiali się rozmawiali otwarcie o wszystkim i niczym, a w ferworze zabawy Vega zapomniał się i zaczął opowiadać żarty o blondynkach, co spowodowało natychmiastową reakcję Hope, która celnie trafiała w jego biceps. A kiedy zmorzyły ich połączone siły wódki, zmęczenia i tańca padli w trójkę do łóżka przytulając się do siebie niewinnie, jak tylko potrafią prawdziwi przyjaciele.

Ściągnęła okulary z głowy i wsadziła je sobie za dekolt bluzki, pochylając się do przyciemnionych szyb jednego z zaparkowanych aut. Dokonała dokładnej  inspekcji swojej twarzy, naciągając ją tu i tam,  i nie zauważyła żadnych cieni pod oczami, ani innych zmian. Jej odbicie wyglądało tak samo jak w chwili, gdy wychodziła z domu: świeżo, pogodnie i odrobinę drapieżnie. Korzystają z chwili oddechu, wyciągnęła z zrzuconej na ramię torby tusz do rzęs i szubko je poprawiła. Gdy zabierała się za drugą powiekę zaskoczył ją chichot dochodzący z wnętrz auta. Przestraszona odskoczyła auta i pośpiesznie się oddaliła modląc równocześnie w duchu by się nie potknąć.  Absolutnie nie chciała dawać osobie w aucie więcej powodów do śmiechu

Przycisnęła dłoń do piersi próbując uspokoić bijące jak oszalałe serce. Założyła, że auto jest puste i zrobiła z siebie kretynkę. Chłopaka w aucie musiał mieć niezły ubaw widząc jak stroi te wszystkie głupie miny.

„Idiotka.”

W zasięgu jej wzroku mignęło zejście na plaże i znak informujący o znajdującym się tam barze. Meg tęskniła za dotykiem piasku i szumem wody, więc  szybko się tam skierowała. Nie szczędziła sił przebierając nogami pragnąć oddalić się od tamtego auta. Odgłos jej obcasów odbijał się echem w podziemnym przejściu.

Gdy tylko weszła na plaże czym prędzej pozbyła się  przeklętych butów i zanurzyła z błogością palce w piasku. Pierwszym jej odruchem było zerwać z siebie ubrania i wbiec do wody, ale podejrzewała, że skupiłoby to na niej spojrzenia wszystkich plażowiczów, a miała już dość upokorzeń jak na jeden dzień. Nie wiedząc dokąd, szła przed siebie drewnianym deptakiem unosząc twarz w stronę słońca. Zdjęła okulary z twarzy by jeszcze pełniej cieszyć się ciepłem jakie jej dawało. Kątem oka zauważyła obiecujący napis „Beach Bar” i postanowiła tam spróbować swoich sił.

Ale to zastała w środku przerosło jej najśmielsze oczekiwania: Bar był ogromny, dobrze zaopatrzony, posiadał parkiet, kilka ustronnych stolików otoczonych niskimi czarnymi kanapami z miękkimi poduchami, a za ladą barową  półokrągły regał z alkoholami zastawiony od podłogi po sufit. Marzenie każdego barmana. Poza jednym drobnym szczegółem. Jedyny barman za ladą, nie radził sobie kompletnie. A chwili, w której przekroczyła próg baru, blondynowi wpadła szklanka z ręki i z hukiem rozprysła się po podłodze. Długa kolejka niezadowolonych klientów rosła i rosła, na podłodze topniały upuszczone kostki lodu i rozrzucone były kawałki owoców.

- Kurwa! 

W przeciągu sekundy Meg podjęła decyzję. Widząc bezradność chłopaka, jak pot spływał po jego umięśnionych ramionach i słysząc przekleństwa klientów ruszyła za bar tak pewnym krokiem, jakby całe to miejsce należało do niej. Stając obok chłopka zawiązała włosy w wysoki kucyk i poprawiając na sobie top i posłała słodki uśmiech do klientów.

- Sorry za spóźnienie, młody. Nie uwierzysz jakie są korki!  - powiedziała wystarczająco głośno by mężczyźni czekający w kolejce ją usłyszeli. Ale oni i tak nie słuchali. Zbyt zajęci wpatrywaniem się w jej dekolt, który teraz był doskonale widoczny. Sam barman miał problem z pozbieraniem swojej szczęki z podłogi, więc zanim zdarzył wypowiedzieć słowo protestu,  Meg chwyciła sheaker i szepnęła do niego blondyna: - Co mamy?

- Trzy razy sex on the beach, black magic i truskawkowe mojito. – Odpowiedział z niedowierzaniem, a na jego twarzy odmalowała się ulga. – Boże, spadłaś mi z nieba!

Jednak Meg już go nie słuchała zajęta krojeniem truskawek i flirtowaniem z klientami.

Pół godziny później kolejka zniknęła, a ostatni zadowoleni klienci wychodzili ze swoimi drinkami do ogrodzonej prywatnej plaży będącej częscią baru. Meg kończyła wycierać blat i odstawiać alkohole na półkę. Z krótkiej rozmowy wywnioskowała, że biedak za barem to Brian, siostrzeniec właściciela baru, który zazwyczaj zajmował się zaopatrzeniem, jednak dzisiaj wuj postawił go za kasą. Brian raz po raz dziękował Meg i wychwalał jej zdolności i opanowanie.

- Dobra, dobra. Skończ już z tymi komplementami, bo się zarumienię. – Przyłożyła dłonie do policzków udając zażenowanie. – Lepiej powiedz mi co taki żółtodziób robił za barem sam? To ogromny lokal. W dodatku na gołym okiem widać, że prosperujący. Nie macie więcej barmanów?

- Mamy. W sensie mieliśmy do wczoraj. – Poprawił się szybko i skrzywił. – Widzisz… Wuj jest dość specyficzny. Uważa, że kobieta nie powinna spać za barem, więc wczoraj zwolnił dwie nasze barmanki. Właśnie przeprowadza rozmowę z kimś kogo chce zatrudnić dlatego jestem tutaj tylko ja i ochroniarze.

- Hym… Rozumiem. Ale zrób coś dla ludzkości, Brian. Nie stawaj nigdy więcej za barem. – Mrugnęła w do niego okiem i oboje parsknęli śmiechem.

- Santa Maria! Co to ma być?!  - Hiszpańskim akcentem odezwał się za plecami Meg, która gwałtownie się obróciła. W wejściu stał krępy mężczyzna – jak oceniała - około pięćdziesiątki. Ciemne włosy przerzedziły lata i oprószyła siwizna, ale na wykrzywionej w złości twarzy zobaczyć można było wspomnienie przystojnego mężczyzny, którym był w młodości. Zbliżał się do baru, a wściekłość w postaci plam obejmowała w posiadanie coraz większe połacie twarzy i szyi.

Czując zbliżające się niebezpieczeństwo Meg zeskoczyła z blatu i chwyciła swoją torbę, która w trakcie pracy położyła na jednym z kegów i schowała się za szerokimi ramionami Brina.

- Stupido! Co to ma być! Zostawiam ci tu na pięć minut samego a ty już sobie jakąś chicas sprowadzasz?! Czyś ty postradał rozum? Żadnych kobiet za barem mówiłem! – Szczęściem było, że w barze nie znajdował się żaden klient, bo słysząc podniesiony głos właściciela z pewnością zrezygnował by z usług Beach Baru. – A ty się co tak patrzysz locka? Zmykaj stąd! Nie potrzebujemy tu takich pustogłowych jak ty.

Facet wskazał Meg wyjście, a ta wymaszerowała z lokalu nawet nie oglądając się za siebie. Słyszała, jak Brian pokornym tonem próbował tłumaczyć wujowi, że ona mu pomogła, ale niewiele ją to obchodziła.

Była wściekła, roztrzęsiona i złamana. Chciała dobrze. Pragnęła tylko pomóc biednemu chłopakowi a została wygnana jak jakaś naciągaczka zanim zdążyła się chociaż odezwać słowem. Po raz kolejny tego dnia upokorzona uciekła jak najdalej.

„Głupi, szowinistyczny karakan.”  Ubliżała właścicielowi w myślach. Gdy próbowała przypomnieć sobie synonim do słowa impotent poczuła męską rękę na ramieniu. Błyskawicznie się odwróciła gotowa rzucić natrętowi pierwszą kąśliwą uwagę jaką jej ślina na język przyniesie.

Ale przed nią stał nie kto inny jak Brian. Nadal byłą roztrzęsiona, jednak chłopak patrzył na nią tak skruszonym wzrokiem, że ogień wściekłości w niej powoli gasł. Cała jego postura mówiła, że jest mu wstyd: opuszczone ramiona, schylona głowa. Nie było w nim z chłopaka, który jeszcze kilka minut temu próbował ją poderwać.

- Meg, wybacz, że tak wyszło. Wuj… Wuj jest nienormalny. Proszę przyjmij chociaż napiwki z dzisiaj. Tylko tak mogę ci podziękować za uratowanie mojego tyłka. – Wcisnął w jej dłoń zwitek banknotów i zacisnął jej palce w pięść. Jednak zamiast odsunąć swoje palce zaczął delikatnie gładzić jej knykcie swoim kciukiem. A na jego twarzy pojawił się uwodzicielski uśmiech i Meg zastanawiało, co on kombinuje. – Chociaż właśnie wpadł mi do głowy inny sposób wynagrodzenia ci tego. Co powiesz na… kolacje?

Podświadomość Meg westchnęła z rozbawienia. Wyraz jego twarzy nie był już nawet w najmniejszy stopniu skruszony. Z oczu spozierały figlarne iskierki, a głos zniżył tak, że był uwodzicielski całe ciało Meg przeszedł dreszcz.

 Po tak paskudnym dniu nie pragnęła niczego więcej, jak zrelaksować się w dobrym towarzystwie. A on wydawał się jej takim być.

- O ósmej?

***

Odstawił pustą szklankę na bar i przywołał gestem barmana by ją ponownie napełnił. Wiedział, że alkohol nie jest rozwiązaniem jego problemów, ale pozwalał mu na chwilę oderwać się od tej szarości, która go otaczała. A sam klub był miejscem pełnym kolorów. Neonowe światła igrały na ścianach i roztańczonych ciałach, barman nalewając drinki mieszał ze sobą wszystkie kolory tęczy, a dziewczyny, zarówno te na parkiecie i rozstawione po kątach prezentowały się we wszystkich kolorach, kształtach i rozmiarach.

Zack Timmer, właściciel klubu zapewniał go, że  Blueberrys był najlepszym klubem w San Francisco i wypuszczano tutaj tylko ludzi z odpowiednia klasą. Co do tego Harry miał spore wątpliwości. Żadna z tych wyginających się na parkiecie dziewczyn nie miała za grosz klasy. Patrzyły na niego jak na kawał mięsa niemal śliniąc się za każdym razem, gdy zatrzymał swój wzrok na jednej z nich dłużej niż pięć sekund.

Kelner postawił koło niego kolejnego drinka, którego Harry uniósł w geście toastu do stojącego nieopodal ochroniarza. Harry czuł się podle sam ze sobą i musiał oderwać się od tego nieczucia. Chciał czegokolwiek. Poczuć. Poczuć kogoś. Coś. Znowu poczuć, że żyje.

Wszystko co miał, sława, pieniądze, możliwości nie dawały mu tego czego chciał. Tego kopa, który pchał go do przodu. Znalazł się w punkcie, gdzie wszyscy mu zazdrościli. Był przecież gwiazdą!, czego tu nie zazdrościć?  Osobiście uważał, że nie ma czego. Czuł się pusty. Wyprany z emocji. Dlatego przyszedł tutaj, do tego nowoczesnego klubu, z nowoczesnym wystrojem i drogimi drinkami, w nadziei, że któraś z tych dziewczyn, które wlepiały swoje śliczne oczy w niego, wypełni tę pustkę chociaż na chwilę. Chociaż na jedną noc.

Oczywiście nie miałby nic przeciwko, gdyby wypełniła ją zupełnie, ale z doświadczenia widział, że to nie zadziała. Tego typu dziewczyny nie kochały się z nim, tylko z jego sławą. Nie pragnęły go, tylko jego głosu lub pieniędzy. Więc nie było sposobu by takie znajomości nie trwały długo.

„Styles, skoro wiesz jak to się skończy, to po cholerę się w to bawisz?” Skarcił się w myślach.

Chociaż mógł już teraz, przy swojej drugiej szklaneczce whisky przewidzieć koniec dzisiejszej nocy, to i tak chciał spróbować. Był idealistą. Chciał wierzyć, że ludzie są inni. Czyści, dobrzy, empatyczni. Po prostu miał nadzieje.

Dlatego podszedł do ślicznej, długonogiej brunetki tańczącej w najbardziej odległej części parkietu i do niej dołączył. Położył swoje dłonie na jej biodrach i kołysał się wraz z nią w rytm muzyki. Pochylił się do jej ucha i szepnął:

- Witaj piękna.








-Zawsze zarzuca mi się, że mało dodaje w postach na blogach od siebie. Może jestem skryta? Nie, nie chodzi o to. Moim zdaniem, opowiadania powinny mówić same za siebie, a jeśli ktoś chce mnie poznać osobiście, to niech nie czuje oporów przed pisaniem. Co prawda mam na studiach paskudny rok, mam wkurzającego pecha, który mnie od jakiegoś czasu prześladuje i moje życie chwilowo maluje się w szarych barwach, ale zawsze chętnie porozmawiam. Chociaż nie ukrywam w weekendy mam zdecydowanie więcej czasu i chęci.

Na koniec jeszcze małe ostrzeżenie: Wiem, że wiele osób tutaj zaglądających jest niepełnoletnia. Jednak możecie się w I części LD spodziewać kilku "ostrych" scen. A jeśli dotrwamy razem do II części LD, to możecie się spodziewać bardzo wielu "pikantnych" scen i kilku szokujących zwrotów akcji.
-

14 komentarzy:

  1. Hej! Nie odbierz tego komentarze negatywnie ok? :)
    Chciałam tylko zapytać: Dlaczego informujesz mnie o nowym rozdziale? Pisałam że wpadnę do ciebie, ale jeszcze nie wpadłam poczytać bo po prostu nie mam czasu. Nie prosiłam cię o informację więc wiesz... A tak poza tym na takie rzeczy jest odpowiednia zakładka (Spam). Nie jest miło dostawać takie komentarze pod rozdziałem (bo jak pisałam pod poprzednim, takie rzeczy będą usuwane, niestety Lena dodawała ten, a ja zapomniałam to później wkleić i takie są skutki ahh).
    Blogi które czytam odwiedzam codziennie sama lub obserwuje przez blogger i nie potrzebuję informacji o nowościach. A jak już potrzebuję to piszę w komentarzu i o to proszę.. Ale teraz tak nie robię, bo jak już wcześniej wspominałam obserwuje przez blogger i widzę jak ktoś dodaje nn.
    Jeszcze raz proszę nie przyjmij tego komentarza negatywnie, bo ja to z uśmiechem na twarzy pisze i tylko mówię tak na przyszłość :)
    Pozdrawiam i życzę dużo weny!!
    Rose :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz w takim razie. Jestem starej daty, właściwie zaczynałam pisać blogi na mylogu i tak uprzejmością było, gdy autor, który przez kilka dni pracował nad nowym rozdziałem osobiście informował czytelnika o tym, że dla niego upublicznił ten tekst.

      Ale widzę, że jestem już dinozaurem.

      Usuń
    2. Nie wiem jak mam odebrać twój kom ale ok.
      Ja ma mylog (czy jak to się tam nazywa) nigdy nie byłam i nie używam więc wiesz. nie mam z tym styczności.
      I nie czaje o co chodzi z tym dinozaurem, bo ja po prostu uważam, że jak ktoś chce być informowany to o to prosi no ale..

      Usuń
    3. a co do przeczytania twojego bloga, to kurde teraz nie mam jak :( robie tysiąc rzeczy na raz i nie dam razy :( może za tydzień będę miała więcej luzu i mi się uda! Trzymaj kciuki! :)
      Rose

      Usuń
    4. Z tym dinozaurem to chodzi o to, że patrząc na średnią wieku niektórych autorek czuję się stara.

      Usuń
  2. A więc widzę, ze poprzedniczka mnie uprzedziła, ja także chciałam, abyś następnym razem gdy będziesz chciała zaspamić pisać to w stronie spam. Takie rzeczy się sprawdza, ale nie chcę cię pod żadnym pozorem obrazić. Moim zdaniem rozdział jest za długi. Lubię tylko właśnie jedno opowiadanie z one direction. Nie jestem wielką fanką. Akurat ta dziewczyna przede mną pisze takie fajne to możesz sobie przeczytać. Na pewno przypadną ci do gustu. A jak już tak bardzo chcesz pisać spamy pod rozdziałami to najpierw się czyta rozdział, a pod spodem pozostawia się adres. Ja akurat jestem taka szczęśliwa po każdym, że wchodze i komentuje. Nie chcę cię urazić, naprawdę tylko to spokojnie napisałam.
    Pozdrawiam Amy ;)
    Powodzenia w dalszym pisaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, ze rozdział jest długi. Powinnaś zobaczyć jego pierwotną wersję, to dopiero był kolos.

      Po dzisiejszym waszym strofowaniu będę uważać na spam.
      Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. :(

      Usuń
    2. Nic się nie stało. Człowiek uczy się na błędach. Patrz na zakładki, a jeżeli nie ma to trudno możesz przeczytać jak już wcześniej pisałam i na pewno ktoś wejdzie jak pozostawisz pod spodem adres.
      Amy ;)

      Usuń
  3. Dzięki za dodanie kolejnego, czekałam na to, pisz dalej i nie martw się długośc tu nie ma znaczenia, bo jeśli kogoś wciągnie to nawet sto stron przeczyta
    Powodzenia i zapraszam na mojego bloga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli miło się czyta to się cieszę. Lubię pisać, dlatego wychodzą mi tak długie rozdziały. ;pp

      Usuń
  4. Świetny rozdział ;)

    z niecierpliwością czekam na next'a ♥

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  5. jak dla mnie to rozdzial jest idealny! uwielbiam takie dlugie. opisy tez sa fajne, bo mozna wczuc sie w sytuacje. znalazlam dzisiaj Twojego bloga i zapisuje od razu w zakladkach. bardzo mi sie podoba. dodatkowo z harrym, a mu trudno sie oprzec :)
    zauwazylam pare bledow (np w poprzednim rozdziale napisalas bąba zamiast bomba), ale nie rzucaja sie az tak w oczy.
    czekam na nowy" pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wciągnęło mnie i wciąga coraz bardziej! Harry naprawdę ma problemy ze swoją samotnością, jednak nie powinien szukać pocieszenia w alkoholu, który nic mu nie pomoże. Tak samo jak przygoda na jedną noc. Pociesza mnie przynajmniej fakt, że jest tego świadomy. Mam ochotę go teraz przytulić.
    Szukanie pracy jest mega ciężkie, jak się okazuje. Ale Meg została potraktowana w podły sposób, naprawdę. Można zrozumieć, że facet nie chciał kobiet za barem, ale mógł wyrazić to w jakiś normalny, grzeczy sposób. W końcu dziewczyna pomogła w kryzysowym momencie. Szkoda, że ten mężczyzna tego nie widział, może wtedy zmieniłby zdanie. Trójka czeka :)

    OdpowiedzUsuń