Obserwatorzy

środa, 11 maja 2016

16. Resolution

San Francisco z pewnością było miastem wielu tajemnic. Może nie tak mistycznych jak nowy Orlean, ale dzięki tak wielu przepłacającym się wzajemnie wpływom, kulturom i pasją widocznym na każdym kroku, w każdym budynku, dziełu sztuki czy zwyczajnym grafity, nie można było się oprzeć wrażeniu, że w tym mieście przeszłość i przyszłość przechodzą płynnie przez siebie. Jakby dyfuzja przyszłości próbowała przebić się przez stałość czasów, które poprzedzały budynki ze szkła i szybkie samochody.
Nic więc dziwnego, że miłość znalazła ich właśnie w tym mieście i właśnie w tym czasie. Jednak Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że za rogiem czeka niebezpieczeństwo. Chociaż miał już ją w swoich ramionach, a jej dłoń idealnie leżała w jego dłoni, na skraju świadomości majaczyło mu niebezpieczeństwo, którego ciężar powodował, że jego dusza zginała się ku ziemi. Przytłaczało go niedoparte wrażenie, że ten czas to jedyna szansa by poczuć  to rozpierające klatę piersiową szczęście jakie czuł dyskretnie zerkając na jej profil, mocno zarysowane kości policzkowe i wysoko uniesiony podbródek.
Szerokie ulice i rozklekotane tramwaje, wysokie budynki i szum wody z zatoki, a splecione dłonie spokojnie kołysały się między ich ciałami, kiedy spacerowali w kierunku Ocean Beach.             
Przyjeżdżając tutaj uciekał od tego kim był, od sławy i rozczarowania. Czas… to nie kwestia ubiegu lat. Czas to nie kwestia dni, dat, zdarzeń. Czas to kwestia doświadczenia. Gdy chwytamy się na tym, że nie jesteśmy osobami, którymi byliśmy jeszcze chwilę temu to wiemy, że czas minął. Gdy odczuwamy tęsknotę za naiwnością i niewinnością ubiegłych lat, to właśnie jest czas. Mija on tylko gdy nie zwracamy uwagi. Gdy nasze myśli są zajęte innymi sprawami. Na przykład ratowaniem życia, które przesypuje się między palcami niczym piasek. Nie dostrzegamy czasu zmysłami tylko rozumem. I nie dotykamy go bezpośrednio. Raczej delikatnie opuszkami palców pieścimy powierzchnie, by w następstwie odczuć głębie zmian, które on przynosi. Czas zmienia nie świat, a charaktery. A co ze sobą przynosi czas? Dla niego było to rozwiązanie, chociaż nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie przypuszczałby, że przybierze ona postać dumnej, tajemniczej brunetki, która po prostu wtargnęła w jego życie i chwyciła w swoje drobne dłonie jego serce by trzymać je w pewnym chwycie, nie pozwalają na jakiekolwiek wstrząsy, czy spacery na krawędzi. Istniało wiele pytań, na które potrzebował odpowiedzi, niemniej - wewnętrzny głos kazał mu zaufać. By to skok na głęboką wodę, ale przecież jeszcze kilka dni wcześnie nie mógł jeść ani oddychać bez niej. Jedyne co czuł wcześniej to irytacje, a w tamtej chwili, spacerując  wzdłuż wybrzeża  czuł więcej szczęścia niż mógł w sobie pomieścić.
Wierzył, od dnia w którym ją spotkał, kiedy ta chora, pokręcona i niemożliwa fascynacja jej osobą się zaczęła, że to właśnie ta pokręcona brunetka jest osobą, która może wszystko zmienić. Byle tylko go kochała i chciała przy nim trwać. Czekał aż to małe słowo padnie między nimi, bojąc się wypowiedzieć je pierwszy.
Asfalt pod ich bosymi stopami parzył przyjemnie, a delikatna bryza znad wody pozwalała odetchnąć od skwaru, który lał się na nich z nieba.
Słońce pieściło ich twarze w ten wyjątkowy sposób, który sprawiał, że czuł się jakby cały świat zamknął się w tej jednej chwili, gdy oderwawszy wzrok od jej twarzy zauważył jak dobrze ich cienie wyglądają na betonowym chodniku. Obraz, który mógł wydawać się prozaiczny i bez znaczenia. Ale to jedno czucie zmienia wszystko. Miłość. Uśmiech nie schodził mu z ust. Tylko jedna myśl kołatała się na granicy świadomości. Mały diabeł tasmański wątpliwości. Gdyby tylko mógł pozwolić sobie na komfort szczerości byłby zapewne najszczęśliwszym człowiekiem na świcie.
Harry wiedział, że usprawiedliwianie swojego kłamstwo tym iż było ono niedopowiedzeniem niczego nie zmieni. Nie była na tyle naiwny by sądzić, że to nie wypłynie. Wychodząc z hotelu przerażony spoglądał w kierunku stoiska z gazetami spodziewając się okładek ich twarzami i bulwersujących nagłówków. Przerażenie trwało do czasu aż zobaczył Meg rozmawiającą z lekkim uśmiechem z odźwiernym w holu, najwidoczniej znudzona czekaniem na niego. Kiedy tylko jego oczy spoczęły na jej sylwetce spłynął na niego spokój. Jeśli była w stanie pokonać samą siebie, to czym była dla niej opinia ludzi, którzy nie wiedzieli nic?
Był pewny co do tego, że decydując się na to by dać im szanse, dać szanse miłości, której żadne z nich nie mogło zaprzeczyć, przekroczyła granicę zza której nie było już odwrotu. Jednak był tylko człowiekiem i miał wątpliwości. Co jeśli on okaże się za słaby? Co jeśli nie będzie w stanie wesprzeć jej tak jak będzie tego potrzebowała? Wszystkie te emocje przypominały kolejkę górską. Uniesieniem był każdy uśmiech, każde westchnienie zachwytu z jej strony, czy to jak dotykiem przypominającym muśnięcie piórka, masowała jego nadgarstek, lub stawała na palcach by z ustami tuż przy jego uchu wyszeptać:
-Harry, spójrz…
Zaś  do dołów należały chwile, gdy wyobrażał sobie jej minę, gdy zorientuje się iż ją okłamał. Gdy wykrzyczy mu w twarz, że nie tego się spodziewała i nie może tak żyć. Na własne oczy widział co ich sława robiła z Eleonor, Sophie i po części z Perrie, chociaż ona znała ten świat dobrze, sama będąc na świeczniku. Ale nie sposób było uniknąć smutku i bólu, kiedy większa część świata uważała twoją wybrankę za oszustkę, podłą naciągaczkę, czy zwykła kurwę. Znał Meg tak krótko, ale nawet, gdyby dane były im lata by się poznać od podszewki to co czekało na nią w pakiecie z jego osobą nie było łatwe. Najgłębsze przerażenie ogarniało go na samą myśl o przyszłości.
Ale znowu, jej usta na jego policzku były takie miękkie.
Wiedział doskonale, że na fundamencie z kłamstwa nie można zbudować nic trwałego.
-Bo, ja ten… Chodzi o to, że… - zaczyna ruszać ustami niczym ryba wyjęta z wody.
-Czy próbujesz coś przede mną ukryć? – Głos by ostry i kategoryczny. W jednym momencie jej plecy wyprostowały się, jakby szykowała się do ataku.  – Bo jeśli tak, to wiedz, że… O MÓJ BOŻE! WIDZISZ JAK ON JEST PIĘKNY?
I już jej nie było. Ledwo mrugnął, a ona już znalazła się za falochronem, jej loki podskakiwały w wysoki upięciu, a ona biegła w kierunku labradora o złocistym umaszczeniu i właściciela, który nawet z tej odległości wydał się Stylesowi zbyt skoncentrowany na jej dekolcie by można było go zostawić sam na sam z Neuman.
To już nawet nie była irytacja. W ciągu minionych tygodniu był światkiem jej żywiołością i zachowania, które inni nazwaliby co najmniej nie rozważnym, że zobojętniał na to. Nie mógł jednak zaprzeczyć sam przed sobą, że zachowanie takie jak to doprowadzało go do bólu głowy. Prowadzony odruchem przycisnął dwa palce do skroni i pokręcił głową. Ale czy nie z tego właśnie powodu dotykała go głębiej niż inni? To, że to co on chciał robić – czerpać z życia każdą chwilę i być szczerym ze swoimi uczuciami  bez względu na sytuację – ona robiła jakby było najzwyczajniejszą rzeczą pod słońcem.
Uśmiech znalazł drogę na jego twarz zmuszając spalone słońcem policzki do podniesienia się bliżej oczu, kiedy to zobaczył.
Ogromny, tłusty i obrzydliwie krzykliwy nagłówek, który składał się z jego imienia i jej imienia. A okładka przedstawiała ich oboje. Słońce już nie grzało, ani niebo ani ziemia nie miały znaczenia. Przerażony zastygł w miejscu.
Gonitwa myśli i każda jedna z nich oderwana od drugiej. Bez logicznych wniosków, bez żadnego sensu jedna obawa wypierała kolejną aby dokładnie w tym samym momencie był zastąpiona kolejną. Nic nie miało sensu, jednocześnie będąc jasne jak słońce. Jego kłamstwa i niedomówienia doprowadziły go do sytuacji tak absurdalnej, że sam nie wiedział co czuje.
Chciał ukryć ją przed światem i świat przed nią. I chociaż wiedział, że musi jej zaufać i wyznać prawdę, po prostu nie był na to jeszcze gotowy.

****
-Chce pan WSZYSTKIE?
Zdziwienie starszej ekspedientki było autentyczne. Jeszcze w żadnym filmie i w żadnej książce nie udało się oddać idealnie zdziwienia starszej pan, która na życiu straciła zęby. Takie kobiety, zwłaszcza takie jak ta, przed której obliczem stanął Styles, znały się na życiu i nie jedno już widziały.
Nie mniej jednak, jej opalona twarz, którą okalały gustownie siwe włosy stała się tłem dla wielkich oczu, które spoglądały na Harrego z niepokojem i niedowierzaniem.
-Tak, WSZYSTKIE! – odpowiedział zniecierpliwiony starając się z całych sił nie obrazić kobiety.
Mięśnie w jego ciele były napięte, a stopa niezaprzestanie wystukiwała naglący rytm. Tylko nie był pewny kogo ma pośpieszyć – jego czy ekspedientkę. Był zirytowany. I wściekły, głównie na siebie, co prawda, ponieważ nie tak wychowała go matka. Nigdy wcześniej, nawet w okresie nastoletniego buntu, nie potraktował w tak niegrzeczny sposób nikogo. Owszem, czasem bywał źle rozumiany, ale to już nie było jego winą, tylko przeważnie akcentu.
-I co pan z nimi zrobi?
Niecierpliwie przegrzebuje kieszenie spodni, usilnie próbując sobie przypomnieć, gdzie schował pieniądze.  Co z nimi zrobi?! A po co mu one? I wtedy dotarła do niego niedorzeczność całej tej sytuacji, co nie pomogło mu się uspokoić. Więcej, pomogło to wskoczyć jego irytacji na zupełnie nowy poziom.
-Może je pani wziąć i rozdać wnukom, byle by tylko wzięła je pani z wystawy!
-Dobrze, dobrze… nie ma potrzeby być niegrzecznym. – Zaczyna liczyć po kolei magazyny by skasować należność.
-Niech pani nie liczy! Zostawię...pięćset dolarów! To powinno pokryć koszty, prawda? – Powoli docierało do niego coś jeszcze. Zajęty zacieraniem śladów zapomniał o czymś ważnym. O Meg, sam na sam z facetem, który mógł w tamtym właśnie momencie czarować ją słodkimi słówkami i bezczelnie wykorzystywać jej słabość do zwierząt.
-Dobrze, dobrze… Ale wiesz, co? Jesteś podobny do tego uroczego cukiereczka na okładce.
-Wiem, i w tym właśnie problem!
Opuszczając kiosk, myśl o tym jak taka prosta rzecz jak (bał się używać tego słowa nawet  w myślach) miłość, potrafiła być tak skomplikowana. I jakaś cześć jego samego widziała, że tylko się przed sobą usprawiedliwia, próbując zrzucić z siebie, ponieważ nie widział dobrego rozwiązania. Czegokolwiek by nie zrobił mógł ją stracić. Stracić piękną duszę, która właśnie z rozpędem wpadła na niego zarzucając mu ręce na szyję i całując bez opamiętania by już sekundę później opowiadać jej wszystko o psie, którego sierści przykleiła się jej do policzka. I chociaż milionom ludzi psia sierść na twarzy by przeszkadzała, jej nie mogło to obchodzić mniej. Liczyło się to, że jest z nim i może dzielić się z nim swoim światem.
I zasłuchany, Harry wiedział, że rzeczy skomplikowane z nią nie były skomplikowane, ponieważ w jej świecie były tylko odpowiedzi: tak lub nie.

***
Było coś wyzwalającego w pływaniu w ocenia. Doświadczenie o wiele głębsze niż zwyczajne pluskanie się w czystej, przefiltrowanej wodzie. Potężniejsze siły wpływały na ciało, a i ryzyko było większe, bo gdzie kończy się ocena, skoro na horyzoncie tylko woda? Kto by ją uratował, gdyby się topiła? Doskonale zdawała sobie sprawę z niespokojnej sylwetki Harrego, który tylko wydawał się zrelaksowany na leżaku przy brzegu, jednocześnie nie spuszczając z niej wzroku. Jego ochroniarz, Jerry, też nie wydawał się być zadowolony z faktu, ze odpłynęła tak daleko w głąb oceanu. Widocznie nie uśmiechało mu się nurkowanie w słonej wodzie by wyciągnąć dziewczynę swojego pryncypała. Gdyby nie była zajęta chwytaniem oddechu w przerwach miedzy młóceniem wody ramionami z pewnością uśmiechnęłaby się na tę myśl.
Była jego dziewczyną.
Ta myśl sprawiała, że się rumieniła. To było nieprzyzwoite by być tak szczęśliwym z tak prostego powodu. Wręcz egoistyczne, bo jedyne o czym mogła mówić to on i to jak cudowną osobą jest. Oczywiście, że strach jej nie opuścił. Z każdą falą przytłaczającej radości oczekiwała, że jakiegoś rodzaju tragiczne wydarzenie wyskoczy zza rogu i zakończy jej szczęście. Ale dni mijały, a nic tragicznego się nie stało. Od tygodnia w samotności podskakiwała z radości jak mała piłeczka. Widywali się dzień w dzień i za każdym razem, gdy tylko znalazł się w zasięgu jej ramion, bez chwili wahania chwytała jego dłoń, jakby bała się, że zaraz zniknie.
Kiedy znalazła się blisko brzegu, wierzgnęła nogą próbując odnaleźć dno i nieomal rozcięła stopę o jeden z ostrych kamieni, których nie brakło na wybrzeżu. Odzyskując równowagę, machnęła uspokajająco w kierunku dwóch mężczyzn na brzegu, przy czym musiała przyznać w głębi swojego sumienia, że niepokój Jerrego obchodził ją bardzo niewiele. Nie kiedy oblizywał się lubieżnie patrząc na jej piersi. Wiele mogła zrozumieć, ale jego wzrok pozwalał sobie na zbyt wiele i czuła się z tym bardzo niekomfortowo. Kiedy wyżęła już wodę z włosów ruszyła w kierunku Stylesa rozciągniętego na prywatnej plaży Cliff House. Nie mogła oderwać wzorku od jego wysportowanej sylwetki i tych wszystkich tatuaży. Był dokładnie tak samo zachwycający jak w dniu, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Tylko teraz ucisk w jej brzuchu nie był wywołany strachem, a czym z goła innym…
Przysiadła na brzegu drewnianego leżaka na którym wypoczywał i zaczęła wycierać się miękkim ręcznikiem. Przez cały ten czas nie odrywała od Harrego wzorku. Śledziła każdy centymetr jego ciała próbując zapamiętać każdą zmarszczkę, każdy tatuaż, każdą krzywiznę. Ciężko pozbyć się starych nawyków, więc cały czas podszyta byłą niepewnością. Jakby ciemne chmury zbierały się nad jej głową.
Potrząsnęła głową odganiając nieprzyjemne myśli i pochyliła się by pocałować te zmysłowe usta, które doprowadzały ja do szaleństwa. Zwłaszcza w takich chwilach jak ta, gdy po prostu gapił się na nią z otwartymi ustami. Kiedy oblizał wargi po prostu nie mogła się powstrzymać i pochyliła się by go pocałować.

-Meg, chcę być coś zrozumiała. Nie umiem dobrać odpowiednich słów, a nie chce byś zrozumiała mnie źle. To bardzo ważne, bo ja…



Siema, 

Chujowy ten rozdział jak barszcz. ALE GO NAPISAŁAM!  
Jestem z siebie dumna. 
Tak, mam czas. 
M.